Valldemossa i Deia – malownicze miasteczka z duszą

U stóp dzikich szczytów gór Serra de Tramuntany, wśród drzewek oliwnych na wzgórzach, leżą małe, kamienne miasteczka, w których czas się zatrzymał w miejscu a życie mieszkańców płynie powoli. Każda uliczka, każdy zakątek i zaułek kryje w sobie duszę i czaruje niezwykłą atmosferą, której nie oparli się nawet najwięksi artyści tego świata. To tutaj, wśród palm, gór i bujnych ogrodów swoje dzieła tworzył Fryderyk Chopin. Wraz ze swoją kochanką, francuską pisarką George Sand przybył do Valldemossy, by cieszyć się romantycznymi chwilami w towarzystwie ukochanej.

deia

VALLDEMOSSA

Po dość intensywnym plażowaniu pierwszego dnia naszego pobytu na słonecznej Majorce, następnego dnia, wczesnym rankiem ruszamy w góry, by poczuć magię ukrytą w wąskich uliczkach, malowniczo położonego miasteczka Valldemossa. To tutaj docieramy najpierw po niespełna 32 przejechanych kilometrach. Tyle zaledwie dzieli miasto od stolicy, zatem nie jest daleko a podróż samochodem przy dobrych wiatrach zajmuje około 35 minut. W górę miasteczka prowadzi dość kręta droga ale widoki na trasie są spektakularne, więc myślę że warto poświęcić jeden dzień i zrezygnować z plażowania by udać się w to niezwykle urokliwe miejsce. Docieramy na parking, który niestety jest płatny jak większość turystycznych miejsc Majorki. Już przy samym wejściu do miasteczka, gdzie rozpoczynamy nasz spacer wita nas przykuwający uwagę napis „Valldemossa” widniejący na kamiennym murku.

DSC_0718

Miasteczko już od samego początku mnie oczarowało i zajęło w moim sercu specjalne miejsce. Stare miasta mają duszę i hipnotyzują ukrytą w swoich murach magią, która czaruje człowieka niczym magik za pomocą czarodziejskiej różdżki. A potem to już tylko miłość od pierwszego wejrzenia. Tak też i było w przypadku Valldemossy.

miasteczko

spacer

Jak mogę najprościej opisać Wam to niezwykłe miejsce? Otóż wyobraźcie sobie romantyczny spacer z ukochanym lub ukochaną, w towarzystwie pięknych gór. Idziecie razem, trzymając się za ręce pośród wąskich, kamiennych uliczek wypełnionych po brzegi galeriami, restauracjami i sklepikami z pamiątkami, gdzie znaleźć można unikatowe pamiątki i prawdziwe arcydzieła.  Wokół czas płynie wolno. Każdy zabytek kryje w sobie nieodgadnioną historię sprzed wiek wieków. Siadacie na ławce pod dębem by złapać chwilę cienia dla ochłody. Spoglądacie na przeurocze, kamienne domy mieszkańców i okiennice, przyozdobione bujną roślinnością, kolorowymi kwiatami w donicach, kaktusami, aniołami i malowidłami.

valde10DSC_0707DSC_0683DSC_0690DSC_0711DSC_0681DSC_0700

My mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy akurat na organizowany co rocznie w sierpniu Festiwal Chopina. W związku z tym spotkaliśmy mnóstwo turystów, zwłaszcza z Polski a centrum miasteczka przyozdobione było niebiesko – białymi wstęgami, które powiewały nad naszymi głowami, splatając się z błękitem nieba co dawało niezwykle imponujący efekt a cała Valldemossa wyglądała jeszcze piękniej .

festiwalchopin

wstegi

W samym centrum Valldemossy znajduje się zresztą słynne muzeum Chopina i George Sand, które sobie zwyczajnie darowaliśmy, jako, że nie jestem miłośniczką zwiedzania muzeów zwłaszcza będąc na wakacjach. Znajdziecie tutaj również słynny klasztor, który również sobie odpuściliśmy. Wizyty w zabytkach oczywiście były płatne. W zamian za to na deser zostawiliśmy sobie spacer wśród niewielkich ale pięknych ogrodów Jardins Rei Joan Carles.

valldemossa2

jardinsogrody

Na koniec, jako, że jestem kolekcjonerką różnego rodzaju pamiątek z podróży, nie wyobrażam sobie wyjechać stąd z pustymi rękami. Wchodzę do galerii, która już z zewnątrz przykuła moją uwagę i znajduję ślicznego aniołka, który trzyma w ręce uplecione z róż serce. Był tak słodki, że musiał trafić w moje ręce i do mojej kolekcji aniołów ze wszystkich zakątków świata. No cóż każdy ma jakiegoś bzika.

galeria

DEIA

Zaledwie 10 kilometrów od Valldemossy kryje się drugie przeurocze miasteczko Deia, które bardzo przypomina Valldemossę, jednak czytając opinie w internecie przed wyjazdem, większość twierdziła, że Deia jest o wiele ładniejsza. Chciałam zatem się przekonać na własne oczy jaka jest prawda. Ruszamy więc w kierunku Deii. Już przed samym wjazdem tutaj brakło mi słów. Szybko znajdujemy miejsce do parkowania i wyskakujemy z auta z prędkością światła, żeby nacieszyć oczy cudnym widokiem miasteczka, nad którym dumnie rozpościerały się szczyty gór. Co od razu rzuciło mi się w oczy to zdecydowanie mniej turystów niż u jej poprzedniczki. Widocznie miejsce było mniej popularne turystycznie co absolutnie nam nie przeszkadzało. Wchodzimy na mostek położony tuż przed samym miasteczkiem, skąd po lewej stronie  dostrzegamy cudną panoramę na całą okolicę. Wykorzystując fakt, że wokoło jest zupełnie pusto zabieramy się za robienie zdjęć. Moja fascynacja miejscem i otaczającą go przyrodą była tak wielka, że nie chciałam się stąd już nigdzie ruszać.

 

valde

deia2deia3deia5deja4

Po dość intensywnej sesji zdjęciowej udajemy się w głąb miasteczka. Grzało niesamowicie, więc postanowiliśmy poszukać miejsca do ochłody. Tak się składa, że Deia w przeciwieństwie do Valldemossy posiada dostęp do morza. Całe wybrzeże Majorki otoczone jest małymi zatoczkami tzw. „calas”, gdzie błękitne wody Morza Śródziemnego wdzierają się w głąb lądu. Jedną z nich „Cala Deia” znajdziecie właśnie tutaj. Najlepiej wybrać się tam autem, gdyż plaża jest oddalona od miasteczka jakieś 3 km. W dodatku trasa prowadzi stromo w dół, wąskimi serpentynami. Samochód parkujemy na pierwszym lepszym miejscu, które znaleźliśmy gdzieś na uboczu drogi. Trzeba jednak uważać, żeby droga była przejezdna dla innych bo jak się przekonaliśmy wracając z plaży posypało się wiele mandatów. Dalej idziemy pieszo docierając do niezwykle małej zatoczki. Plaża była niestety kamienista ale woda tak krystalicznie czysta, że widać było dno i leżące w głębi kamienie. Na miejscu możecie znaleźć dwie restauracje, z których z obu stron roztacza się widok na zatokę i można zjeść pyszne ryby i owoce morza. My zrezygnowaliśmy jednak z posiłku w tym miejscu, ponieważ mieliśmy zaplanowany obiad w innej restauracji, o której opowiem za chwilę.

20170818_141846

restauracjadeiaflamingdeia restaurant2

Wracając z plaży polecam zboczyć z trasy i skręcić w lewo w małą ścieżkę, którą dojdziecie na samą górę a tam już czekają na Was boskie widoczki na całą zatoczkę.

caladeia

cala deia

caladeia5

W tak pięknych miejscach można by siedzieć bez końca, patrzeć nieustannie w błękitne niebo i turkusową otchłań morza ale niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Ale to jeszcze nie koniec wrażeń bo mam w zanadrzu zaplanowane jeszcze dwa miejsca, z którymi chciałabym się z Wami podzielić.

Wracamy do miasteczka i udajemy się do przepięknej posiadłości Belmond La Residencia, na którą natrafiłam buszując po internecie. Od razu gdy zobaczyłam zdjęcia retauracji El Olivo, położonej wśród niezwykle zielonych ogrodów hotelu i widokiem na góry, wiedziałam, że musimy tam zjeść. Ogólnie cała okolica jest pełna luksusowych hoteli z basenami i apartamentów, gdzie można się zatrzymać i zrelaksować, w otoczeniu gór, palm i bujnej roślinności. Przyroda na Majorce potrafi zachwycić, szczególnie w Deii. Niestety za luksus tutaj trzeba słono zapłacić gdyż hotele należą do jednych z najdroższych na całej wyspie. Kiedy sprawdziłam cenę, jaką trzeba zapłacić za jedną noc przyjemności tutaj oczy prawie wyszły mi na wierzch. Przy rezerwacji za pośrednictwem strony booking.com koszt za dobę w standardowym pokoju to średnio ponad 700 €, czyli jakieś 3,000 naszych polskich złotych. No cóż pozostało nam tylko zjeść obiad i nacieszyć oczy. Ceny w restauracji również nie należały do najtańszych ale przecież jesteśmy na wakacjach i możemy pozwolić sobie na chwilę przyjemności.

Sama rezydencja już przed wejściem robi piorunujące wrażenie a ogrody wokoło należały do najpiękniejszych jakie widziałam w swoim życiu. Widać, że ktoś włożył w ich pielęgnację całe swoje serce.

la belmondlabelmond2

Ale prawdziwa bajka rozpoczyna się z chwilą, kiedy wchodzimy do środka. Idziemy alejką pełną pachnących róż i starych drzew, na których widnieją drewniane tabliczki. Po chwili dostrzegam huśtawkę przywiązaną do jednego z nich i rzucam się na nią jak mała dziewczynka. Podobno w każdym dorosłym tkwi odrobina dziecka a rzeczy, które kojarzą nam się z dzieciństwem sprawiają tyle radości. W takich momentach należy cieszyć się podarowaną nam chwilą.

residenciabelmond

belmonlalabelmond5

hustawka

Dochodzimy do restauracji i cały czar pryska w ciągu jednej chwili. Okazało się, że restauracja jest już zamknięta a my pochłonięci plażowaniem na śmierć zapomnieliśmy o trwającej w godzinach popołudniowych sjeście. Straszne z nas gapy. Pozostało nam zatem tylko usiąść na świeżym powietrzu w barze Cafe Miro, który również należał do rezydencji  i napić się drinka. Menu, które dostaliśmy było chyba najpiękniejszym jakie trzymałam kiedykolwiek w swoich rękach. Jakiś artysta musiał się nieźle napracować.

20170818_163854

Mimo, że nam się nie udało tutaj zjeść, szczerze polecam to miejsce, zwłaszcza parom, które chcą nacieszyć się sobą i zjeść romantyczną kolację w pięknym otoczeniu. Mimo wszystko, warto było tu przyjść. Zrobiliśmy kilka zdjęć.

cafemirocafemiro2cafemiro3

Udało nam się poźniej znaleźć całkiem przyjemną knajpkę, gdzie mogliśmy popróbować hiszpańskich frykasów w postaci tradycyjnej hiszpańskiej tortilli ziemniaczanej i gaspacho, czyli zupy warzywnej podawanej na zimno, tzw. hiszpański chłodnik. Z wyglądu przypomina trochę naszą pomidorówkę. Jest niezwykle smaczna zwłaszcza w upalne dni.  Musicie koniecznie spróbować będąc w Hiszpanii.

gaspachorest

20170818_17123320170818_170622

Nasyciliśmy nasze żołądki ale czekała na nas jeszcze jedna atrakcja. Na koniec udajemy się do muzeum austryjackiego arcyksięcia – Son Marroig, które znajdowało się 4 km przed miasteczkiem. Jak już wcześniej wspominałam muzea nie są moimi ulubionymi miejscami ale to było wyjątkowe ze względu na otaczający go ogród i rotundę wykonaną z białego, włoskiego marmuru. Stąd roztacza się widok na morze i górujące nad nim klify.  Ponadto jest bardzo popularnym miejscem zawierania związków małżeńskich. Za wstęp do muzeum zapłacicie 4 € ale myślę, że warto chociażby dla pięknych krajobrazów. Sami zobaczcie jak jest pięknie.

san marroig lepszysanmarroig5sanmarroig4

sanmarroig7sanmarroig2sanmarroig

sanmarroig6

Słońce powoli zachodziło za horyzont a dzień dobiegał końca ale pełny był niesamowitych wrażeń. Oba miasteczka były niezwykle urokliwe ale to mniej popularna Deia zdecydowanie skradła moje serce. Wybierając się zatem na Majorkę warto dopisać ją do swojej podróżniczej listy.

Przydatne informacje:

Palma de Mallorca – Valldemossa – 32 km

Valldemossa – Deia – 10 km

gaspacho – 6,5 €

hiszpańska tortilla – 8 €

muzeum Son Marroig – 4 €

2 myśli w temacie “Valldemossa i Deia – malownicze miasteczka z duszą

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s