Lofoty – tam, gdzie słońce świeci o północy

 Ponad 2000 kilometrów przemierzonych aż za koło podbiegunowe… 1668 samolotem… 500 na stopa… 40 rowerem… 700 pociągiem, żeby zobaczyć jeden z najpiękniejszych archipelagów wysp zwanych Lofotami. Mega przygoda, zapierające dech w piersiach krajobrazy a pogoda wprost wymarzona. Piękno tego miejsca zniewala. Nie bez powodu nazywane są „rajskimi wyspami północy”, o czym przekonałam się zeszłego lata podczas kilkudniowej wyprawy.

Lofoty to bajka, z której nie miałam najmniejszej ochoty już wracać. Archipelag maleńkich wysepek porozrzucanych po morzu, z których niczym drapacze chmur wyrastają strzeliste góry. Otoczone dzikimi plażami z białym piaskiem i turkusowym kolorem wody tworzą nieziemski krajobraz. Śmiem twierdzić, że to najpiękniejszy zakątek Norwegii, być może najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Nie mnie oceniać. Niemniej jednak zauroczyło mnie do tego stopnia, że mam zamiar tam jeszcze wrócić. To miejsce, którym nie można się nasycić w żaden sposób a te pięć cudownych dni, które mi podarowano, by móc spełnić  jedno z największych marzeń mojego życia okazało się stanowczo za krótkie. Zapraszam Was w podróż do miejsca, które zapamiętacie do końca życia.

mapka lofoty 2
Trasa autostopem przez Lofoty

Norwegia… Ile niespodzianek kryje w sobie ten niezwykły kraj? Ile razy mnie jeszcze zaskoczy? Gdzie zaprowadzi? Nie jestem w stanie tego przewidzieć. Nie byłam w stanie również sobie wyobrazić, że owego sierpniowego dnia przylecę aż za koło podbiegunowe. „Dziecko, gdzie Ty się znowu wleczesz? Jeszcze wpadniesz w jakąś dziurę albo spadniesz w przepaść” – usłyszałam od mamy. No i wpadłam ale w zachwyt nad miejscem, do którego trafiłam.

lofoty
Wioska rybacka Reine

Ruszamy z Bergen wczesnym rankiem. Po niespełna 2 godzinach lotu do Narvik lądujemy. Teraz możecie sobie wyobrazić jak wielka, długa i rozległa jest Norwegia, jeżeli na północ leci się tyle samo co do Polski. Pewnie znacie to miejsce z historii II Wojny Światowej tzw. „bitwie o Narvik”. W każdym bądź razie był to początek naszej wyprawy. Stąd mieliśmy ruszyć w bajeczne miejsce, które do tej pory mogłam podziwiać jedynie na zdjęciach z internetu. Przywitał nas deszcz i pochmurne niebo. Prosto z lotniska udajemy się do głównej drogi skąd ku naszemu zaskoczeniu bardzo szybko udaje nam się złapać pierwszego stopa. Trafiliśmy na bardzo sympatyczną parę Włochów, którzy tak jak my postanowili ruszyć na przeciw nieziemskim Lofotom. I takim oto sposobem trafiłam do górskiego raju. Jeżeli mam Wam coś doradzić, nie bójcie się podróżować w ten sposób. Akurat tutaj jest to bardzo popularna forma poruszania się po wyspach i nie mieliśmy z tym żadnego problemu aż do końca naszej wyprawy. Poznaliśmy dzięki temu mnóstwo sympatycznych i pozytywnych ludzi z różnych stron Świata – Włoch, Hiszpanii, Niemiec a nawet Tajwanu 😉Dzięki temu sporo zaoszczędziliśmy, bo udało nam się objechać na stopa cały archipelag, przemierzając w ten sposób ponad 500 km. No i nie byliśmy ograniczeni środkami transportu, które jeżdżą tutaj na prawdę bardzo rzadko. Przygoda gwarantowana a pieniądze zostają w kieszeni.

Gdzie się zatrzymać?

Nie będę ukrywać, że znalezienie noclegów w przystępnej cenie w jednym z najdroższych krajów świata nie należy do najprostszych. No chyba, że ktoś lubi spać na dziko pod chmurką w namiocie, co jest tutaj dość popularne 🙂 Nam jednak udało się znaleźć noclegi w przyzwoitej cenie jak na szarego podróżnika przystało a wszystko za pomocą portalu booking.com.

Pierwszą noc zatrzymaliśmy się w bardzo przyzwoitym hostelu Vandrerhjem Lofotferie w malowniczej miejscowości Kabelvåg, położonego tuż nad fjordem. Do dyspozycji gości była wspólna kuchnia połączona z jadalnią i dwie łazienki oraz taras. To tutaj spędziliśmy wspaniały wieczór i poranek, rozkoszując się pięknym widokiem i pijąc gorącą herbatę wpatrzeni w bezkresne morze i majestatyczne góry. Słyszałam jedynie ciszę i bicie własnego serca. Więcej informacji na temat schroniska, ceny i zdjęcia znajdziecie tutaj lub na bookingu a ja mam dla Was cudowny widoczek z tego miejsca🙂

Kabelvag2
Kabelvåg

Pozostałe dni spędziliśmy na campingu Lofoten Camping Storfjord w Stamsund, niedaleko Leknes, które było naszą bazą wypadową i oknem na Lofoty. Naszym schronieniem stały się małe, drewniane chatki położone tuż nad jeziorem.  To małe zacisze a właściwie kompletne pustkowie było idealnym miejscem dla osób szukających ciszy i spokoju pośrodku wszechogarniającej przyrody. Mieliśmy to szczęście, że pracowała tutaj bardzo sympatyczna polka. Camping udostępnia również miejsce do grillowania a także wypożycza rowery, łódki oraz kajaki za które nie trzeba dodatkowo płacić. Nie posiadam niestety żadnych zdjęć z kempingu ale wszelkie istotne informacje znajdziecie tutaj. Za to mam fotkę okolicy, w której się zatrzymaliśmy 🙂 Prawda, że pięknie?

w drodze
Leknes

Svolvær

Czym bliżej serca Lofotów tym pogoda była lepsza i z zza chmur zaczęło wychodzić słońce. Po kilku godzinnym autostopowaniu, niezwykle malowniczą trasą E10, która jest główną drogą, docieramy do stolicy archipelagu, niewielkiego miasteczka Svolvær. To mała osada licząca lekko ponad 4,000 tyś. mieszkańców. Jest głównym portem Lofotów, łączącym wyspy z lądową częścią Norwegii. To tutaj, każdego lata przypływa tysiące turystów z różnych zakątków świata, których przyciąga dzikość natury i nieziemski krajobraz wysp. I pomyśleć, że do niedawna mieszkałam w Norwegii, zupełnie nieświadoma, że tak piękne góry istnieją dosłownie na wyciągnięcie ręki. Na fotografie Lofotów trafiłam zupełnym przypadkiem, podczas bezcelowego serfowania po internecie i pewnego pięknego ranka obudziłam się z myślą, że jadę 😉

W Svolvær nie zatrzymaliśmy się na długo. Krótki spacer po okolicy, kawka, coś na ząb w przybrzeżnej marinie i trzeba było łapać kolejnego stopa, by jeszcze tego samego dnia dotrzeć do naszej bazy noclegowej w Kabelvåg. Niestety przez przypadek straciłam niektóre zdjęcia z Lofotów, między innymi z początku wyprawy, więc nie pokażę Wam stolicy w moim obiektywie. Wypadki przy pracy i w podróży się zdarzają więc musicie mi wybaczyć 😋 Pocieszę Was jednak, bo zrobiłam mnóstwo pięknych zdjęć z dalszej wyprawy, a czym bardziej jechaliśmy w głąb wysepek tym było jeszcze piękniej i ciekawiej.

Kabelvåg

Łatwo przyszło, łatwo poszło i nawet się nie obejrzeliśmy jak w ciągu kilku minut złapaliśmy kolejnego stopa. I takim oto sposobem dotarliśmy do kolejnego punktu naszej wyprawy. Nie spodziewałam się, że podróżowanie na stopa sprawi nam tyle frajdy i radości. A po drodze można było słuchać opowieści naszych towarzyszy podróży 😉

Kabelvåg to niewielkie miasteczko, położone w malowniczej okolicy. To tutaj zarezerwowaliśmy nasz pobyt na pierwszą noc, o czym wspomniałam już wcześniej. Pewnie niejeden z Was by stwierdził, że to dziura zabita dechami. Przeciwnie było tak cicho i spokojnie, że już dawno nie słyszałam bicia swojego serca i własnych myśli.

Kabelvag

Okolica jest niezwykle malownicza. To tutaj zrobiliśmy krótki trekking po okolicznych pagórkach, skąd roztaczały się piękne widoki. Jednak podróż i nieprzespana noc w przeddzień wyjazdu nas tak wykończyły, że szybko wylądowaliśmy w łóżkach, zwłaszcza, że następny dzień zapowiadał się ekscytująco i czekała nas wspinaczka na jeden z najbardziej spektakularnych szczytów 😉 Trzeba było zebrać siły na kolejny dzień na rajskich Lofotach.

Henningsvær

Jest takie magiczne miejsce na Lofotach, usłane tysiącem malutkich wysepek, połączonych mostem, które z lotu ptaka przypomina włoską Wenecję, połączoną tysiącem kanałów. Do niej często porównywalne. To wioska rybacka Henningsvær, którą zamieszkuje zaledwie 500 osób. Z ciekawostek dodam, że znajduje się tutaj najbardziej malowniczo położone, jedyne w swoim rodzaju boisko piłkarskie. Miejsce zachwyciło mnie już przy samym wjeździe. To tutaj poczułam tak naprawdę klimat Lofotów, gdzie urokliwe nabrzeże pełne było knajpek, z których w powietrzu unosił się zapach świeżych ryb. To tutaj piłam najlepsze cappuccino w swoim życiu a co najpiękniejsze turystów była garstka, że można było ich policzyć na palcach jednej ręki. No może obu rąk 😉W dodatku krystalicznie czysta, błękitna woda zachęcała, żeby do niej wskoczyć. Niestety lodowata nawet w środku lata. Nie będę Was już trzymać w niepewności, tylko uchylę rąbka tego pięknego kawałka świata.

heni5

Henningsvaerji

Ale to dopiero początek bo za chwilę zobaczycie to niezwykłe miejsce z góry, na którą udało mi się wspiąć. Póki co spotkaliśmy się tutaj ze znajomymi, którzy mieli nam towarzyszyć w czasie trekkingu na szczyt Festvågtind. Ruszamy zatem na przeciw bajecznym krajobrazom. Ta niezwykła góra miała zaledwie 541 m n.p.m., jednak pokonanie tak krótkiego odcinka drogi było nie lada wyzwaniem i okazało się trudniejsze niż myślałam. Wejście na szczyt zajmuje około 2-3 godzin, w zależności od kondycji. Patrząc z dołu, wygląda dość stromo, jednak droga na szczyt owijała się wokół całej góry. Wystartowaliśmy z zapartym tchem, podziwiając po drodze piękne widoki, które zaczęły ukazywać się naszym oczom.

Heningna szczycie3

na szczycie2

Czym wyżej się wspinaliśmy, tym było bardziej stromo. Trzeba było uważać na nogi i skupić się nad każdym kolejnym krokiem. Wystarczyło jedno potknięcie i chwila nieuwagi, żeby spaść. Ale czego się nie robi dla tak pięknych widoków 😉 Z każdym kolejnym odcinkiem brakowało mi sił i tchu ale świadomość, że jesteśmy już tak blisko i ciekawość co znajduje się po drugiej stronie dodawała mi otuchy. Docieramy do grani, skąd dostrzegamy morze po drugiej stronie. Omal nie rozpłynęłam się z zachwytu. Nie myślałam, że spotka mnie coś piękniejszego, niż widok po tamtej stronie. Warto było wylać siódme poty, żeby tu dotrzeć.

heningsvaer4

heningsvaer7na szczycie

Byliśmy już prawie na szczycie. Prawie, bo stąd dzieliło nas już tylko kilka kroków w lewo, żeby stanąć na szczycie i z zapartym tchem przyglądać się bajkowym pejzażom. Tak jak Wam obiecałam Henningsvær w jednym z najpiękniejszych obrazów, jakie dostrzegły moje oczy.

buciki
Widok ze szczytu Festvågtind

Ehh…z takim widokiem, na dachu świata, mogłabym już tu zostać na zawsze. Dla takich chwil warto żyć, warto marzyć i warto podróżować. Czas jednak nas gonił a powoli zachodzące słońce było oznaką, że musimy już wracać, wbrew sercu, duszy, wbrew wszystkiemu. Dzień jednak jeszcze się nie kończył a czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka. W drodze powrotnej znaleźliśmy miejscówkę na niewielkiej plaży, na której rozpaliliśmy grilla. Cudowne okoliczności przyrody sprawiły, że nikt nie chciał wracać, tylko jak najdłużej cieszyć się podarowaną nam chwilą. Udało mi się nawet wyskrobać coś na piasku tuż przy plaży 😊

lofoty2

Jeszcze tego samego dnia, pełni wrażeń i towarzyszących nam emocji, dotarliśmy stopem do Leknes, gdzie zatrzymaliśmy się już do końca naszej wyprawy.

Haukland Beach

Kiedyś myślałam, że rajskie plaże mogę znaleźć jedynie gdzieś na końcu świata. Kojarzyły mi się głównie z palmami, białym piaskiem i turkusowym morzem. Nigdy jednak nie przyszło by mi do głowy, że takie plaże znajdę w Norwegii, za kołem podbiegunowym.

Kolejny dzień okazał się wielką przygodą. Przywitało nas słońce. Postanowiłam zatem skorzystać z pięknego dnia i sprawdzić swoją kondycję. Urządziłam sobie przejażdżkę rowerową na plażę oddaloną jakieś 20 kilometrów od naszego kempingu. Czekałam na ten dzień z niecierpliwością. Podekscytowana ruszyłam rowerem na przeciw górkom i pagórkom, które nie raz dały się we znaki 🙂. Ale co tam! Byle do przodu. Początkowo trasa wiodła przez las i trzeba było zmierzyć się z niezłą górą. Ale z każdym pedałem było lepiej a walory przyrodnicze i niezwykle malownicze krajobrazy pozwalały zapomnieć o nasilającej się zadyszce 😉 Wszystko przebiegało dobrze do momentu, kiedy w połowie drogi zepsuł mi się rower…ups!. Stanęłam na środku chodnika, załamana. Nie dość, że do domu było daleko , najgorsze w tym wszystkim okazało się, że nie dotrę na plażę i nie spełnię swojego największego marzenia w czasie tej podróży. Zrezygnowana stanęłam jak wryta nad swoim nieszczęsnym towarzyszem podróży. Masz ci los! Zaczęłam grzebać przy rowerze ale było jeszcze gorzej. Cała brudna ze smaru zwątpiłam, że uda mi się go naprawić. Marna ze mnie złota rączka. I w tym momencie przyszedł z pomocą przypadkowy przechodzień, oczywiście mężczyzna i kobieta spacerująca z dwójką dzieci. Naprawił usterkę a ja byłam taka szczęśliwa, że nie wiedziałam jak mu mam dziękować. Kobieta zaprosiła mnie do swojego domu, który znajdował się w pobliżu, żebym mogła się umyć. Miałam szczęście. Norwegowie mieszkający na północy kraju okazali się serdeczni i niezwykle pomocni a mi udało się dotrzeć do mojej wymarzonej plaży. Na końcu tej drogi, pełnej pięknych jezior, napotkanych owiec, bajkowych gór i złocistych pól odnalazłam niezwykłą plażę Haukland Beach.

haukland beach 2
Haukland Beach

Była wyjątkowa, czysta z białym piaskiem i  lazurową wodą. Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać czy jestem na Lofotach czy może na rajskim Zanzibarze 😉 Szybko jednak wróciłam na ziemię, kiedy okazało się, że woda jest lodowata i w jednej chwili mnie otrzeźwiło.

haukland beach

Jak tu pięknie. Widok był zdumiewający a ja zmęczona pedałowaniem mojego nieszczęsnego rowerka marzyłam już tylko o tym, żeby legnąć na piasku, który do złudzenia przypominał mąkę. Tak też zrobiłam 😊

Untitled
Prawie jak na Zanzibarze tylko woda lodowata 😉

haukland plaza

Udało mi się odpocząć i znaleźć niebanalną knajpkę, niedaleko plaży, żeby coś zjeść jeszcze przed powrotem. Czekało mnie kolejnych 20 km do pokonania.

kawiarnia

Dla zainteresowanych wspomnę jeszcze, że z plaży można się wybrać na trekking na górę Mannen, gdzie dostaniecie się w półtorej godzinki. Ze szczytu można podziwiać plażę w całej okazałości. Widoki są bezcenne więc myślę że warto. Mi jednak nie udało się tam dotrzeć ze względu na zmęczenie a czekał mnie jeszcze 20 kilometrowy powrót. W sumie tego dnia zrobiłam około 40 kilometrów na rowerze. Wróciłam na kemping wyczerpana ale szczęśliwa, że udało mi się zdobyć plażę w tak pięknych okolicznościach przyrody.

To nie był jeszcze koniec wrażeń, gdyż tego samego dnia, wieczorem wybraliśmy się zapolować na jeden z najpiękniejszych zachodów słońca do miejscowości Eggum, która słynęła z tego pięknego zjawiska. Ta urokliwa wioska, znajdowała się niedaleko Leknes. Polecił nam ją jeden z mieszkańców Lofotów, z którym mieliśmy okazję jechać stopem. Spacer wzdłuż wybrzeża dostarczył nam niesamowitych wrażeń. Mogliśmy przez chwilę zaobserwować, jak niebo z minuty na minutę zmienia swoją barwę.

DSC_0014 (2)

DSC_0004 (2)

DSC_0001 (2)
zachód słońca w Eggum

Reine

Nasza wyprawa powoli dobiegała końca ale na ten dzień czekałam najbardziej. Był wyjątkowy bo wybraliśmy się do jednego z najbardziej niezwykłych i rozpoznawalnych miejsc na Lofotach – wioski rybackiej Reine, której fotografie widnieją we wszystkich wyszukiwarkach internetowych. Nie bez powodu, gdyż uznawana jest za jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Norwegii.

Obudziłam się rano z nadzieją, że będzie piękna pogoda. Niestety lało jak z cebra. Mimo tego wyruszyliśmy z nadzieją, że może się przejaśni. Pierwszego stopa do centrum Leknes udało nam się złapać bez problemu, więc nie zmokliśmy aż tak bardzo. Z kolejnym nie poszło już tak szybko, jak się tego spodziewaliśmy, być może ze względu na paskudną pogodę. Minęło sporo czasu, zanim zmoknięci jak kury wsiedliśmy do auta, które się nad nami zlitowało. Naszym wybawicielem okazał się przesympatyczny Norweg, który przywiózł nas aż do samej wioski. W czasie drogi, krajobrazy za oknem były tak piękne, że nie mogłam odkleić nosa od szyby samochodu. Ale prawdziwa uczta dla oczu rozpoczęła się z chwilą, kiedy wjechaliśmy do wioski. W życiu nie widziałam nic piękniejszego i właściwie brakło mi słów. W dodatku moje modły zostały wysłuchane i po chwili zaczęło się przejaśniać.

reine5
Reine w całej okazałości

reine6

Reine to wyjątkowe miejsce. Już sam fakt, że w rzeczywistości wygląda jeszcze piękniej, niż na niejednej fotografii świadczy, że trafiłam do górskiego raju. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to przypadkiem nie sen i kazałam się uszczypnąć. Jednak bajeczny krajobraz nie znikał. Od razu wybraliśmy się na spacer po okolicy, który dostarczył nam niezapomnianych wrażeń.

Reinereine7

Reine2

DSC_0091

reine 8

DSC_0103 (2)

Sama wioska jest niewielka i liczy zaledwie około 300 mieszkańców, którzy żyją głównie z turystyki i połowu ryb. To tutaj znajdziecie mnóstwo drewnianych pali, na których suszą się ryby na wolnym powietrzu, tzw. sztokfisze. A mniej więcej wygląda to tak.

DSC_0023 (2)

stokfisz

stokfisz2
Suszony sztokfisz

Reine słynie również z tradycyjnych, drewnianych domków rybackich w czerwonym kolorze, postawionych na palach zwanych rorbu. Dachy rorbu w większości są porośnięte trawą. W dawnych czasach służyły rybakom za kwatery, obecnie zostały wyremontowane i wyposażone w sposób, aby mogły służyć turystom jako przytulne miejsce do wypoczynku. Niestety taka przyjemność kosztuje, gdyż tego typu zakwaterowanie nie należy na Lofotach do najtańszych. Jedna noc to koszt rzędu 600-800 zł.

reine3

rorbu
rorbu

DSC_0096

Oprócz malowniczych rorbu i zapachu sztokfisza, atrakcji w okolicy jest wiele. Jedną z nich jest trekking na „Reinebringen”, skąd rozpościera się najpiękniejszy widok na panoramę Reine. To widok ze szczytu góry zdobi pocztówki i przyprawia turystów o zawrót głowy. Choć bardzo żałowałam, nie udało nam się tam dotrzeć tego dnia z powodu bezpieczeństwa i silnego deszczu jaki padał przed południem. Szczyt jest dość stromy i wymagający a lokalni odradzali, żeby zdobywać go przy niepewnej pogodzie. Jak magicznie wygląda Reine w całej okazałości możecie zobaczyć tutaj. Ponadto wioska oferuje wycieczki wędkarskie, rowerowe, kajakarstwo, nurkowanie jak również obserwacje wielorybów i ptaków, głównie maskonurów, których niestety nie udało mi się spotkać z bliska i sfotografować.

My w zamian za to udaliśmy się piechotą do sąsiedniej równie malowniczej osady rybackiej Hamnøy, gdzie zjadam najlepszą w swoim życiu rybę w czerwonym winie. Niebo w gębie 😊 To była prawdziwa uczta dla podniebienia. Niestety nie pamiętam nazwy restauracji, których tutaj było niewiele ale za to mam zdjęcia okolicy.

Hamnoy
Hamnøy

hamnoy2

Hamnoya

DSC_0134 (2)

DSC_0124 (2)

hamnoya2

Patrząc na zdjęcia nie jestem w stanie stwierdzić, która z wiosek rybackich była ładniejsza. Jednak to mniej znana, bliźniacza siostra Hamnøya zrobiła na mnie większe wrażenie. Być może rybka, którą zjadłam miała w sobie magiczny pył, którym czarowała zgłodniałych turystów 😉Jedno jest pewne bajkowa sceneria obu wiosek mnie  kompletnie zafascynowała.

Å

Ostatniego dnia naszej wyprawy, która powoli dobiegała końca wybraliśmy się do…no właśnie…na koniec świata 🙂 Czyli do najdziwniejszej i najkrótszej nazwy miejscowości na świecie mianowicie Å. Często porównywalna jest z końcem świata, gdyż jest to ostatnia litera norweskiego alfabetu, które czytamy jak nasze polskie „o” tyle, że z dziubkiem. Miasteczko jest oddalone zaledwie 10 km od Reine i jest to tak na prawdę ostatni punkt Lofotów na trasie E10. Obowiązkową atrakcją jest zdjęcie na tle tabliczki z nazwą miejscowości.

A3
Najkrótsza nazwa geograficzna na świecie

Jest to bardzo mała, spokojna wioska rybacka ale niezwykle urokliwa. Podobnie jak w Reine pełno tu rorbu i suszonych sztokfiszy, których zapach ulatnia się po całej okolicy. Jak na małą wioskę, kryje w sobie sporo skarbów, dlatego warto tu zaglądnąć. Jednym z nich jest „Mała Syrenka”, którą spotkałam tuż przy morzu 😉

syrenka
Mała Syrenka

wioska A

A2
Wioska rybacka Å

A

aaaaaaaa

Znajduję się tutaj słynne Muzeum Sztokfisza oraz Norweskie Muzeum Rybołówstwa a my znaleźliśmy także coś na ząb w postaci tradycyjnej piekarni, która powstała w 1844 roku. Zjedliśmy pyszne norweskie bułeczki, których jest tutaj kilka rodzajów. Z rodzynkami tzw. Rosinbolle, z czekoladą, zwane Sjokoladebolle oraz tradycyjne Hvetebolle. Norwegia słynie również z obłędnych „cynamonek”, których świeży zapach rozchodził się nawet na zewnątrz piekarni 🙂

DSC_0171 (2)
Muzeum Sztokfisza
piekarnia
Piekarnia w Å

Przed wejściem do piekarni natrafiliśmy na kolorowe miniatury statków, które leżały na trawniku.

statki

stateczkiTo był niestety ostatni punkt naszej wyprawy. Jeszcze tego samego dnia udaliśmy się do Moskense, skąd promem płynęliśmy do Bødo. Tam czekała nas nocna przeprawa pociągiem do Trondheim, a następnie lot do Bergen. Po takiej wyprawie ciężko mi będzie uwolnić się od wspomnień najpiękniejszych krajobrazów gór, jakie dane mi było zobaczyć. Z pewnością tu kiedyś wrócę 😉

DSC_0246 (2)
prom do Bødo
DSC_0242 (2)
Żegnamy się z pięknymi Lofotami

DSC_0240 (2)

 

Przydatne informacje:

  • lot Oslo-Narvik linią Norwegian – 890 NOK z bagażem podręcznym
  • nocleg Vandrerhjem Lofotferie Kabelvåg – ok. 600 NOK/noc
  • nocleg Lofoten Camping Storfjord – 400-800 NOK/noc w zależności od wielkości i standardu domku
  • ceny za obiad w tawernach – 160-220 NOK
  • transport po Lofotach – autostop 😉
  • prom Moskenes – Bødo – ok 350 NOK/os. (czas podróży ok. 3-4h)  http://www.torghatten-nord.no/english/
  • pociąg Bødo – Trondheim – 200-300 NOK, im szybciej zakupicie bilet tym taniej (czas podróży ok. 9-10h), w czasie nocnej podróży koleją dostaniecie w prezencie zatyczki do uszu, kocyk i opaskę na oczy 😉 bilety kupicie tutaj  www.nsb.no
  • lot Trondheim – Bergen linią Norwegian – ok 320 NOK

Ciekawostki:

  • archipelag Lofotów składa się z 5 głównych wysp: Austvågøy, Vestvågøy, Moskenesøya, Flakstadøya, Gimsøya
  • najlepsza pora, pod względem pogody na odwiedzenie Lofotów to lipiec i sierpień, ale wtedy trzeba się liczyć z większymi cenami
  • w okresie od maja do lipca można podziwiać zjawisko tzw. dni polarnych, natomiast od września do kwietnia spektakularne zorze polarne
  • Lofoty słyną z tradycyjnych domków rybackich tzw. rorbu, które obecnie służą jako zakwaterowanie dla turystów
  • będąc na Lofotach trzeba koniecznie spróbować suszonej ryby z dorsza tzw. sztokfisza
  • najlepiej poruszać się wypożyczonym samochodem lub bez problemu na stopa tak jak my 😉 Autobusem można dostać się wszędzie ale niestety jeżdżą bardzo rzadko
  • jeżeli chodzi o zakwaterowanie to jest spore pole do popisu od spania pod chmurką, namiotem, przez hostele, apartamenty, kempingi  i tradycyjne rybackie rorbu, wszystko zależy od tego czy marzy Wam się spanie pod gwieździstym niebem  czy jesteście bardziej wybredni

15 myśli w temacie “Lofoty – tam, gdzie słońce świeci o północy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s