8 powodów dla których warto zobaczyć Seszele

Co powiecie na wycieczkę w miejsce, gdzie palmy odbijają się w oceanie, gdzie rajskie ptaszki fruwają wśród soczystej zieleni, gdzie leniwie pełzają olbrzymie żółwie a w powietrzu unosi się zapach egzotycznych kwiatów. Seszele, uważane za jedne z najpiękniejszych wysp świata kryją w sobie prawdziwe skarby natury. Nie bez powodu często nazywane „wyspami szczęśliwymi” potrafią zawrócić w głowie niejednemu turyście, który miał to szczęście, żeby znaleźć się w przysłowiowym raju. Pewnie zastanawiacie się czy warto wydać miliony, żeby zobaczyć ten niezwykły zakątek świata. Postaram się rozwiać Wasze wątpliwości i choć troszkę zbliżyć Was do raju, gdzie już nic nie będziecie musieli robić poza bujaniem się w hamaku i podziwianiem okolicznego piękna fauny i flory a zdecydowanie jest na co popatrzeć.

LRM_EXPORT_105245244738715_20181108_173716028

1. Plaże rodem z Edenu

Nie ulega wątpliwości, że to właśnie na Seszelach znajdują się jedne z najpiękniejszych plaż świata, ukrytych w malowniczych zatoczkach. To własnie dla nich przybywają tu turyści z całego świata by nacieszyć oczy pięknem dzikiej natury. I chociaż z roku na rok, w tym samym celu, przybywa coraz więcej osób, miejsce to nie traci swojego dziewiczego charakteru a większością plaż możemy cieszyć się w samotności i co najważniejsze bez zbędnych tłumów. W zasadzie można powiedzieć, że eksplorowanie Seszeli polega w dużej mierze na zwiedzaniu rajskich plaż. Zdarzyło się nam znaleźć plaże, które były zupełnie puste, jakby czekały tylko na nas. Nie trzeba było się przepychać, żeby zrobić zdjęcie bez zbędnych twarzy innych podróżujących. I te palmy pochylone w stronę oceanu. Niektórzy szukają takich całe swoje życie a nie którzy wdrapują się na nie i zwisają niczym leniwce, wygrzewając na słońcu swoje blade, europejskie twarze. My również pokusiliśmy się, żeby skorzystać z tej chwili i  zdobyć pamiątkowe fotki.

LRM_EXPORT_140544695431451_20181018_165518048

LRM_EXPORT_28307175443209_20181102_142521481

Seszelskie plaże mogą poszczycić się niezwykłą różnorodnością. Na każdej z wysp odnaleźliśmy prawdziwe perełki. Nad większością z nich górują wzniesienia porośnięte bujną roślinnością, nad innymi palmy, palmy i jeszcze raz palmy, których cienie odbijają się w złocistym piasku.

LRM_EXPORT_105321204266237_20181108_173831988

LRM_EXPORT_105346362474796_20181108_173857146

LRM_EXPORT_240109635450021_20181111_210456248

LRM_EXPORT_44490069140983_20181007_192734266

2. Coco de Mer – pośladki i kokosy w jednym

Coco de Mer to symbol Seszeli. Widnieje w godle kraju i wyląduje w Waszym paszporcie zaraz po przylocie. To chyba najładniejsza pieczątka kraju, jaką mi wlepiono w dokumenty. Ale to nie wszystko. Bo to jedyna palma na świecie, która rodzi owoce w kształcie kobiecych pośladków i nigdzie indziej poza Seszelami nie występuje. Mało tego jej druga połówka przybiera kształty męskiego przyrodzenia. Te wspaniałe okazy możecie podziwić w rezerwacie przyrody Valle de Mai, który znajduje się na wyspie Praslin. Coco de Mer objęte jest szczególną ochroną, co nie znaczy, że nie może znaleźć się w Waszym posiadaniu. Możecie je zakupić jeżeli jesteście kolekcjonerami pamiątek z Waszych podróży, jednak za oryginał będziecie musieli słono zapłacić bo to koszt rzędu kilkuset złotych. Całe szczęście w sklepach nie brakuje podróbek. Popatrzmy zatem na te wyjątkowe klejnoty😊

LRM_EXPORT_197845902699789_20181110_194735895

LRM_EXPORT_197968888328740_20181110_194938880

3. Przyrodnicza eksplozja

Seszele są prawdziwą eksplozją natury. Palety barw egzotycznych kwiatów, endemicznych roślin, palm, próbujących dosięgnąć nieba, krabów chowających się w piasku, kokosów o fallicznym kształcie, plaż rodem z Edenu, skał porozrzucanych nad brzegiem oceanu niczym diamenty, śpiewających ptaków, pełzających na wolności żółwi i wzgórz porośniętych bujną roślinnością. Przyroda na Seszelach jest chroniona z niezwykłą starannością i troską. Obowiązuje zakaz stawiania turystycznych ośrodków bezpośrednio przy plażach a pod ochroną znajdują się ponad połowa obszaru, zarówno lądu jak i oceanu. Życzę każdemu aby choć raz w swoim życiu trafił do…raju!

LRM_EXPORT_105268718437275_20181108_173739502

LRM_EXPORT_172311550030130_20181109_182438237

LRM_EXPORT_172334968206613_20181109_182501655

LRM_EXPORT_172370463201203_20181109_182537150

LRM_EXPORT_172388221580652_20181109_182554909

LRM_EXPORT_197930726759305_20181110_194900719

LRM_EXPORT_240193338430731_20181111_210619951

4. Diamenty ukryte w skałach

Poza niebiańskim kolorem oceanu jest jeszcze jeden szczegół, który wyróżnia rajskie wyspy i czyni je niepowtarzalnymi. Nigdzie indziej na świecie nie znajdziecie niesamowitych, granitowych formacji skalnych, które upiększają niemal każdą seszelską plażę. Ten jakże plastyczny wytwór matki natury jest chyba największą ozdobą Seszeli i widnieje na większości pocztówkowych zdjęć. Podobne skały widziałam tylko w Tajlandii na Symilanach, gdzie również było pięknie ale ilość turystów odwiedzających to miejsce pozostawiała wiele do życzenia. Seszelskie kamole są bez wątpienia niezaprzeczalnym dowodem na to, że natura jest największym artystą i rzeźbiarzem tego świata.

LRM_EXPORT_31499887999962_20181102_154627684

5

LRM_EXPORT_240066436700283_20181111_210413049

anse takamaka

LRM_EXPORT_105374193235045_20181108_173924977

5. Żółwie olbrzymie na wolności

Na Seszelach żyje największa populacja żółwi olbrzymich, które poza wyspami w środowisku naturalnym można spotkać tylko na Galapagos. Gdzieś kiedyś wyczytałam, że gdyby żółwie mogły mówić to opowiedziałyby historię archipelagu. Te cudowne stworzenia mogą przeżyć bowiem nawet ponad 200 lat. O tak! Kto nie chciałby na żywo zobaczyć najpowolniejszych tuptusiów na świecie 😉 To dla nich przemierzyłam pół świata, żeby tu dotrzeć i zobaczyć na własne oczy jak na wolności skubią sobie trawkę. Niesamowite przeżycie stanąć oko w oko z całkiem przystojnym żółwiem słodziakiem i polecam każdemu kto kocha zwierzęta. Śmiem twierdzić, że niektóre osobniki były większe ode mnie. Jednak gdybym miała się mierzyć z nimi w kategorii wagowej zdecydowanie wygrywają. Ja przy nich to co najwyżej waga piórkowa😉Dorosłe osobniki ważą nawet do 250 kg. O wyspie żółwi – Curieuse Island opowiem szczegółowo w osobnym poście a póki co przedstawiam Wam kilku dość okazałych prawdziwych gentlemanów🐢😊

LRM_EXPORT_164922752929153_20181002_191533059

20180920_141949

20180927_100926

6. Rowerkiem po raju

Nie wiem czy istnieje jakiekolwiek inne miejsce na świecie, gdzie obowiązuje wyłącznie ruch rowerowy. Jedynymi pojazdami dopuszczonymi do ruchu ze względów oczywistych są taksówki. Najmniejszą wyspę archipelagu La Digue, której powierzchnia sięga zaledwie 10 km², eksplorować możecie rowerkami. Jeszcze nigdy w życiu jazda na rowerze nie dostarczyła mi tylu emocji i wrażeń i jeszcze nigdy w życiu nie jeździłam rowerem w tak bajecznych okolicznościach przyrody. Gdziekolwiek się nie rozejrzycie, czy to mieszkańcy, czy turyści, wszyscy z uśmiechem pedałują swoje jednoślady. Wypożyczalnie rowerów znajdziecie dosłownie na każdym rogu a wszystkie rowery wyposażone są w sklepowe koszyki, co znacznie ułatwia poruszanie się po wyspie. Jeżeli ktoś jest zapalonym sportowcem lub miłośnikiem siłowni nie będzie musiał martwić się o swoją kondycję nawet na wakacjach😉 Dorodne muskuły w rajskim wydaniu gwarantowane!

LRM_EXPORT_203046130922723_20181110_211416123

to

LRM_EXPORT_203238706544701_20181110_211728698

LRM_EXPORT_202992013918993_20181110_211322006

7. Zachody słońca…otwórzmy szampana!

Kochacie zachody słońca? Jeżeli tak to Afryka, a w szczególności Seszele są idealnym miejscem do podziwiania tego niesamowitego spektaklu, który wieczorami odbywa się na niebie. Śmiem twierdzić, że moim ulubionym kolorem jest zachód słońca a drugim tęcza i coś w tym jest. Rzeczywiście pięknym zachodom nigdy nie mogę się oprzeć i zawsze podziwiam je z wypiekami na twarzy. Na Seszelach każdego dnia, kiedy zbliżał się wieczór zasiadaliśmy na plaży i czekaliśmy cierpliwie, patrząc co namaluje nam niebo.  Trzeba wziąć pod uwagę, że stosunkowo wcześnie robi się ciemno bo tuż po godzinie 18.00. Nas trochę poniosła wyobraźnia i podczas jednego, pięknego zachodu słońca na najpiękniejszej plaży świata postanowiliśmy otworzyć…szampana🥂 W takich okolicznościach smakował wybornie😉

10

LRM_EXPORT_202148094952866_20181110_205918087

LRM_EXPORT_179271078750774_20181003_125535863

LRM_EXPORT_78087824905089_20181030_184607197[1]

LRM_EXPORT_200034174806185_20181110_202404167

8. Pobierzmy się na…Seszelach!

Niezwykle rajska atmosfera Seszeli sprzyja zakochanym parom, które coraz częściej decydują się ślubować sobie miłość wśród tropikalnych okoliczności przyrody lub wybierają wyspy jako miejsce podróży poślubnej. Sami byliśmy świadkiem podobnych uroczystości lub sesji fotograficznej świeżo upieczonych małżonków. Ba! Znam nawet parę, która kilka lat temu sama zdecydowała się na ślub po kreolsku i jechała do ślubu…wołem!. Nic dziwnego bo to miejsce wprost stworzone do takich uroczystości. Słynna plaża Anse Source D’Argent robi wręcz za plan fotograficzny, gdzie niemal każdego dnia pary czule przytulają się w objęciach obiektywu. Ehh…rozmarzyłam się a Wy?😍

LRM_EXPORT_199989459351756_20181110_202319451

LRM_EXPORT_199962127635775_20181110_202252120

LRM_EXPORT_199931424786374_20181110_202221417

LRM_EXPORT_33226722673882_20181013_194504804

1

Czy tak wyobrażaliście sobie raj? Jeżeli tak, to zapraszam Was w dalszą podróż ze mną po rajskich wyspach. Kolejną przygodę rozpoczniemy od największej wyspy archipelagu Mahe. Plan podróży na Seszele i informacje praktyczne opisałam tutaj.

                                                                                                             Miłego dnia😉

Iza i jej Podróżowe Love

 

Seszele – archipelag marzeń – plan podróży na własną rękę i informacje praktyczne

Podróż na rajskie Seszele była zwieńczeniem moich marzeń. Uświadomiła mi, że świat stoi otworem, że nie ma granic w podróżowaniu, że marzenia mogą stać się rzeczywistością…trzeba tylko je dogonić 😊 Chilijski poeta Pablo Neruda mawiał, że powoli umiera ten kto nie podróżuje, kto unika pasji. Kierując się jego słowami bez zastanowienia wybraliśmy wypoczynek na diamentowych plażach Seszeli oblanych błękitnymi wodami  Oceanu Indyjskiego.

20181009_233631[1]
Plaża Anse Source D’Argent

Seszele niestety nie należą do tanich destynacji o czym mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze. Jednak myślę, że warte są każdych pieniędzy a koszty można zniwelować poprzez zorganizowanie podróży na własną rękę. Tak też zrobiliśmy, spędzając cudowne dwa tygodnie w tym rajskim zakątku świata. Swoją podróż podzieliliśmy pomiędzy 3 najbardziej popularne wyspy Mahe, Praslin i La Digue, na każdej z nich spędzając po 5  jakże cudownych dni.

Fotoram.io
Wyspy Mahe, Praslin i La Digue

Kiedy jechać na Seszele?

Najlepszą porą aby odwiedzić Seszele jest tzw. pora sucha, która trwa tutaj od maja do października, czyli zwyczajnie nasze polskie lato. Najwięcej opadów występuje w porze zimowej, a wiec grudzień, styczeń i luty co nie oznacza, że w pozostałych miesiącach wcale nie będzie padać. Z pogodą niestety różnie bywa i często trzeba liczyć po prostu na szczęście. My polecieliśmy końcem września, zahaczając o początek października. Pogoda dopisała nam w 100 procentach. Jedynie na Mahe mieliśmy 3 dni deszczowe ale nie padało cały czas i dało się przeżyć. Taki ciepły deszczyk w 30 stopniowym upale był akurat zbawienny. Śmiem twierdzić, że kolor oceanu w czasie deszczu przybierał jeszcze bardziej błękitną barwę niż jak przyświecało mu słonko. W każdym bądź razie było obłędnie pięknie a deszczowy dzień często kończył się jakże spektakularnym zachodem słońca.

LRM_EXPORT_78087824905089_20181030_184607197[1]

Loty na Seszele

Lot na Seszele zarezerwowaliśmy stosunkowo późno bo jakieś 2-3 miesiące przed planowaną podróżą i niestety przepłaciliśmy (3200 zł za os.). Lecieliśmy z Oslo liniami Qatar Airways z przesiadką w stolicy Kataru – Dosze. Oczywiście można było zabukować taniej dużo wcześniej ale do końca jeszcze nie byliśmy pewni kiedy dostaniemy urlop w pracy więc woleliśmy nie ryzykować. Około pół roku wcześniej bilety były w promocyjnych cenach nawet po 2300 zł za osobę i to liniami Emirates. Warto zatem sprawdzać loty i rezerwować z dużym wyprzedzeniem chociaż nie ma gwarancji i reguły że będzie dużo taniej. Jakby nie było staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami biletów lotniczych do raju 😊 Mało ważne, że były to najdroższe bilety jakie zakupiłam w całym swoim dotychczasowym życiu🙈 Ale powiem Wam że było warto! No to lecim bo czeka już nasz odlotowy dreamliner 🛫 a ja nie mam zamiaru spóźnić się na wakacje mojego życia na najpiękniejszych plażach świata😉🌴✈

LRM_EXPORT_77234161298392_20181030_183153533

Zakwaterowanie

Wszystkie noclegi zarezerwowaliśmy przez portal booking.com z dość dużym wyprzedzeniem, około 8-9 miesięcy przed wyjazdem ale opłacało się, gdyż za całość zapłaciliśmy nieco ponad 7 tys. zł za 2 osoby razem ze śniadaniami. A miejscówki trafiły nam się naprawdę rewelacyjne z bajkowymi widokami na ocean i basenem 👌 Myślę, że warto zarezerwować wcześniej, gdyż mamy większy wybór i gwarancję, że te, które nam się najbardziej podobają będą jeszcze dostępne. I nie jest powiedziane, że musimy wydać miliony, żeby zatrzymać się na wymarzonych wyspach, gdyż jest spory wybór zakwaterowania poprzez hotele, apartamenty i tzw. prywatne „guesthouse” a ceny bardzo zróżnicowane.

Naszą pierwszą miejscówką na wyspie Mahe była Villa Chez Batista, położona przy jednej z najpiękniejszych plaż, w południowej części wyspy, Anse Takamaka. Apartamenty położone są w otoczeniu przepięknej plaży z lazurową wodą i niesamowitych formacji skalnych, których byłam pod wielkim wrażeniem. Po przybyciu do obiektu czekał na nas drink powitalny i niezwykle uśmiechnięta właścicielka o imieniu Shannon. Mieliśmy wielkie szczęście, ponieważ w tej samej cenie zakwaterowano nas w zupełnie innej willi, niż ta którą zabukowaliśmy, o podwyższonym standardzie z bezpośrednim dostępem do basenu, z którego roztaczał się nieziemski widok na ocean. Śniadania były dość monotonne ale pokoje bardzo czyste i codziennie starannie sprzątane. Na łóżku zawsze czekały na nas ręczniki, starannie ułożone w najróżniejsze kształty i czerwone kwiaty porozrzucane na łóżku, w całym pokoju i łazience. Trochę czuliśmy się jakby to była nasza podróż poślubna 😊 I ten obłędny widok z okien na basen i lazurowy ocean🙈

Villa Chez Batista ok. 85€/1 noc, pokój typu standard z widokiem na ogród

20180923_151839
widok z basenu na plażę Anse Takamaka
LRM_EXPORT_82464806062227_20181030_195904178
nasz apartament w Villa Chez Batista

LRM_EXPORT_82487766693942_20181030_195927138

mahe pokoje
widok z okien pokoju
LRM_EXPORT_82684303583724_20181030_200243675
basen i hotelowa restauracja

Na Praslin zatrzymaliśmy się w obiekcie Cote Jardin, który jest częścią hotelu Chalet Cote Mer, położonym wśród niezwykle bujnych ogrodów, tuż nad zatoką Baie Sante Anne, niedaleko przystani promowej i przystanku autobusowego. Personel hotelu jest niezwykle uprzejmy a jedzonko tutaj bardzo smaczne, szczególnie wieczorne kolacje. Pokoje były dość ciasne i niezbyt duże ale całe szczęście zaopatrzone w klimatyzację. Do dyspozycji gości jest basen typu infinity z przepięknym widokiem na całą zatokę. Ten wspaniały widok roztacza się również z okien restauracji, położonej tuż obok basenu. Niestety gapa ze mnie bo dopiero po czasie zorientowałam się, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia pokoju, w którym się zatrzymaliśmy.

20181017_191903
basen z widokiem za zatokę Baie Sante Anne
20180929_084933
widok na zatokę promową

20180925_124552

LRM_EXPORT_86129519819875_20181030_210008892
widok z tarasu recepcji Chalet Cote Mer
LRM_EXPORT_85989704853745_20181030_205749077
piękne ogrody na terenie obiektu

LRM_EXPORT_85954422279039_20181030_205713794

LRM_EXPORT_85683852984579_20181030_205243225
restauracja hotelowa

Ostatnia miejscówka na La Digue o nazwie Villa Source D’Argent była strzałem w dziesiątkę i chociaż nie było tutaj basenu i widoku na ocean, podobała nam się najbardziej. Apartament był zupełnie nowy a właścicielka najsympatyczniejszą osobą jaką spotkaliśmy na całych Seszelach. Co dziennie rano na tarasie naszej willi czekały na nas pyszne śniadanka z widokiem na ogród. Po prostu żyć, nie umierać! Okolica bardzo cicha i spokojna, dosłownie 500 metrów do królowej plaż Anse Source D’Argent. W obiekcie można z miejsca wypożyczyć rowery i tak też zrobiliśmy.

Villa Source D’Argent ok. 104 €/1 noc

LRM_EXPORT_90281728670598_20181030_220921100
widok na ogród
LRM_EXPORT_90079677291473_20181030_220559049
taras przed naszym apartamentem
LRM_EXPORT_90261778243958_20181030_220901150
pyszne śniadanka czekały na nas każdego ranka
LRM_EXPORT_90236465342284_20181030_220835837
talerz owoców
LRM_EXPORT_90060684458141_20181030_220540056
nasz pokój w Villi Source D’Argent

LRM_EXPORT_90116363848832_20181030_220635736

LRM_EXPORT_90200746837848_20181030_220800119
łazienka

Transport pomiędzy wyspami

Pomiędzy wyspami kursują promy. Bilety zarezerwowaliśmy z wyprzedzeniem na stronie Seyferry. Ceny za transport są raczej niezmienne i dość wysokie. Koszt płynięcia z Mahe na Praslin to ok. 50 euro. Płynie się około godziny. Natomiast z Praslin można dopłynąć na La Digue w 15-20 minut za jedyne 14 euro. Nie będę ukrywać że fale są bardzo wysokie i nieźle buja, dlatego dla osób z chorobą morską polecam alternatywę i lot awionetką z Mahe na Praslin liniami Air Seychelles, który trwa dosłownie 20 minut. Widoki bezcenne i niezapomniane. Ceny są bardzo zbliżone do promów więc warto skorzystać z oby dwóch środków transportu. My tak zrobiliśmy i za taką przyjemność w jedną stronę zapłaciliśmy 66 euro za osobę.

LRM_EXPORT_13999171898289_20181101_200744676
katamaran „Cat Cocos”

LRM_EXPORT_200049721867489_20181004_134814931

Jeżeli chodzi o poruszanie się po wyspach jest kilka opcji. Najdroższą są oczywiście taxi, z których niestety musieliśmy skorzystać choćby z lotniska na Mahe. Za przejazd w jedną stronę zapłaciliśmy 50 euro. Mahe jest bardzo dobrze skomunikowane, dlatego praktycznie wszędzie można dojechać autobusem. Bez względu na odległość, za jednorazowy przejazd płaciliśmy jedyne 7 SCR (rupii seszelskich), czyli około 2 złotych. Problem pojawia się w momencie kiedy macie ze sobą bagaże. Duże walizki nie są akceptowane i kierowcy nie chcą wpuszczać do autobusu. Lepszym rozwiązaniem będą tzw. plecaki turystyczne, które można bez problemu wziąć na kolana. Jeżeli chodzi o Praslin również w większości poruszaliśmy się autobusami, czasem udało nam się również pojechać na stopa😉 Kierowcy nawet chętnie się zatrzymywali. Ba! Zdarzało się również i tak, że nawet nie musieliśmy machać bo sami od siebie się zatrzymywali i pytali gdzie chcemy jechać i czy potrzebujemy podwózkę. Najmniejszy problem z komunikacją mieliśmy oczywiście na La Digue, gdzie obowiązuje ruch rowerowy. Za wypożyczenie rowerków płaciliśmy 100 SCR za dzień od osoby ( ok. 28 zł) i były to najlepiej wydane pieniądze. Pomijając fakt, że kocham jazdę na rowerze, to korzystanie z tego środka transportu w tak bajecznym miejscu jakim jest La Digue było prawdziwą ucztą dla ciała, ducha i oczu😊 Nie wyobrażam sobie poruszać się tutaj w inny sposób, no chyba że spacerkiem.

LRM_EXPORT_13924975130573_20181101_200630479

Wyżywienie

Jak już wcześniej wspomniałam śniadania mieliśmy w cenie wszystkich noclegów, które zarezerwowaliśmy. Najczęściej były to jajka w każdej możliwej postaci (jajecznica, omlet, jajko smażone), naleśniki, talerz egzotycznych owoców lub sałatka owocowa. Nie było dużego wyboru i zazwyczaj były to mało urozmaicone posiłki. Cudów nie należy się spodziewać, no chyba że ktoś ma zarezerwowany pobyt w 5 gwiazdkowym hotelu. Jeżeli chodzi o pozostałe posiłki, najczęściej stołowaliśmy się w restauracjach lub budkach tzw. „take away”.

LRM_EXPORT_45546732772528_20181102_194035433
ryba po kreolsku
LRM_EXPORT_45517588920395_20181102_194006289
ryba grillowana i kurczak
LRM_EXPORT_45576809209930_20181102_194105509
ciasto bananowe

Ceny w tych pierwszych są bardzo wysokie. W zależności, na jaką restaurację trafiliśmy ceny za np. rybę po kreolsku wahały się pomiędzy 240 SCR a 350 SCR (66 zł – 97 zł). I wcale nie jest powiedziane że wszędzie było smacznie. Owszem zdarzały się rewelacyjne knajpki z naprawdę pysznym jedzeniem jak chociażby Chez Jules, położona przy plaży Anse Banane na La Digue, którą gorąco polecamy. Nie dość, że wyśmienite jedzenie to jeszcze wspaniałe widoki na ocean a nieopodal mieszka olbrzymi żółw, którego mieliśmy okazję spotkać. To tutaj piliśmy świeże soki owocowe w rozmiarze XXL, jedliśmy najlepsze pod słońcem lody kokosowe i sałatkę z ośmiornicy. Warto spróbować również przepysznej rybki.

LRM_EXPORT_45441010664142_20181102_193849711
Restauracja Chez Jules

LRM_EXPORT_45471365379928_20181102_193920065

LRM_EXPORT_45375443245266_20181102_193744143
świeże soki owocowe w rozmiarze XXL
LRM_EXPORT_45312136404273_20181102_193640836
sałatka z ośmiornicy
LRM_EXPORT_45276612935529_20181102_193605313
bardzo smaczna rybka

Jeżeli chodzi o jedzenie „take away” ceny były po stokroć niższe ale nie spodziewajmy się cudów. Zazwyczaj była to ryba lub kurczak z frytkami bądź ryżem, różnego rodzaju pasty, zdarzyło nam się również trafić na bardzo smaczny gulasz z mięsem wołowym.  W większości są to fast foody, a więc jedzonko niezbyt zdrowe. Najsmaczniejsza budka z jedzeniem jaką znaleźliśmy to Gala Take Away również na La Digue. Wychodzi na to, że to na tej małej wysepce jedzenie smakowało nam najbardziej 😊 Ceny w budkach wahają się pomiędzy 40 SCR – 100 SCR (ok. 11zł – 27 zł). Jeżeli chodzi o lokalne trunki to koniecznie musicie spróbować seszelskiego rumu Takamaka oraz piwa SeyBrew 👌. Rum najtaniej można kupić na lotnisku w strefie bezcłowej (ok. 220 SCR). W lokalnych sklepach ceny sięgają nawet 300 SCR.

45231206_2974175039275375_5875109012856373248_n

Plan podróży

Planowanie wymarzonych wakacji jest chyba najlepszą częścią urlopu. Dlatego tak kocham podróże na własną rękę bo dają mi możliwość zaplanowania wszystkiego od A do Z i sprawia mi to olbrzymią frajdę. Całymi dniami buszuję po internecie w poszukiwaniu najlepszych miejscówek, czytam blogi podróżnicze i oglądam miliony zdjęć w sieci oraz filmików na youtube 😊 Często zdarza mi się potem mieć problemy z zasypianiem bo tyle pięknych miejsc się naoglądam że jak już zasnę to wszystko śni mi się po nocach😁 W ten oto sposób powstał nasz plan podróży. Chyba go wyśniłam 😉

Dzień 1

Przylot na rajskie Seszele – zakwaterowanie w hotelu Villa Chez Batista na Mahe – relaks po długim locie na plaży Anse Takamaka

LRM_EXPORT_105283930236244_20181031_191822963

Dzień 2

Plaża Anse Intendance

LRM_EXPORT_106242279042174_20181031_193421312

Dzień 3

Wizyta w stolicy Seszeli – Victorii – zakupy – punkt widokowy La Misere

bigben
miniatura londyńskiego zegara w Victorii

Dzień 4

Plaża Anse Forbans

LRM_EXPORT_15258174119581_20181101_202843678

Dzień 5

Plaża w zatoce Baie Lazare

LRM_EXPORT_108649535678104_20181031_201436981

Dzień 6

Przeprawa promem na wyspę Praslin – zakwaterowanie w hotelu Cote Jardin – plaża Anse Volbert – relaks przy hotelowym basenie

LRM_EXPORT_116277503379571_20181031_222704315

Dzień 7

Wycieczka na wyspę żółwi Curieuse Island – plaża St Jones – snorkowanie na St Pierre

20180927_104052[1]

20181009_233859
Anse St Jones
LRM_EXPORT_116933302884410_20181031_223800114
St Pierre

Dzień 8

Najpiękniejsza plaża na wyspie Praslin – Anse Georgette – trekking przez góry na plażę – powrót przez pole golfowe hotelu Constance Lemuria

LRM_EXPORT_44517346741040_20181007_192801544
plaża Anse Georgette
LRM_EXPORT_117901711111602_20181031_225408523
pole golfowe w hotelu Constance Lemuria
LRM_EXPORT_118020055483440_20181031_225606867
widoki podczas trekkingu przez góry

Dzień 9

Rezerwat przyrody Fond Ferdinand – plaża Anse Lazio

LRM_EXPORT_45594092637693_20181007_194841278
punkt widokowy w rezerwacie przyrody Fond Ferdinand
LRM_EXPORT_45640217758429_20181007_194927403[1]
Anse Lazio

Dzień 10

Rezerwat przyrody Valle De Mai

LRM_EXPORT_116333361980108_20181031_222800173

Dzień 11

Przeprawa promem na wyspę La Digue – zakwaterowanie w apartamencie Villa Source D’Argent – przejażdżka rowerami dookoła wyspy

LRM_EXPORT_115628183347920_20181031_221614995[1]

Dzień 12

Królowa plaż Anse Source D’Argent – Union Estate Park – zachód słońca

7
Anse Source D’Argent
LRM_EXPORT_192188175358305_20181003_222108392
Union Estate Park

10

Dzień 13

Plaża Grand AnseAnse FourmisAnse Patates przy słynnym hotelu Patatran

LRM_EXPORT_31499887999962_20181102_154627684
Grand Anse
LRM_EXPORT_140544695431451_20181018_165518048
Anse Fourmis
20181002_120711
Anse Patates

Dzień 14

Wycieczka na wyspę FeliciteCoco Island – snurkowanie

3
snorkling przy plaży Anse Source D’Argent

Dzień 15

Przeprawa promem na wyspę Praslin – lot awionetką do Mahe – wylot do Norwegii

LRM_EXPORT_197093621515796_20181004_105053759

To tak w skrócie. Czy coś bym zmieniła w naszym planie podróży? Nie. Gdybym tylko mogła, zostałabym dłużej, żeby zobaczyć miejsca, do których nie udało nam się dotrzeć ze względu na pogodę lub brak czasu. Jedyne co nie udało nam się zrealizować z listy zaplanowanych miejsc był punkt widokowy La Misere oraz wycieczka na wyspy Felicite i Coco, dlatego zdjęcie z przedostatniego dnia podróży jest przykładowe i pochodzi z innego miejsca. Nic straconego. Jesteśmy przekonani, że pewnego dnia znów zawitamy na rajskie Seszele😉

Marzycie o podróży na Seszele? Planujecie wyjazd na własną rękę? Mam nadzieję, że pomogłam choć troszkę tym, którzy planują swoją podróż na rajskie wyspy i rozwiałam Wasze wątpliwości. Jeżeli tak zapraszam do śledzenia mojego profilu na Facebooku oraz Instagramie, gdzie znajdziecie więcej zdjęć. Wkrótce pojawią się kolejne, szczegółowe już wpisy z wyprawy i bajkowe zdjęcia, których zrobiliśmy około 2,5 tysiąca😉

                                                                                                          Ściskam Was mocno ❤ PML

Przydatne informacje

  • oficjalna waluta Seszeli to rupia seszelska SCR ( 100 SCR to ok. 28 zł), kantory znajdują się na każdej z wysp więc bez problemu wszędzie wymienicie pieniądze, my zabraliśmy ze sobą Euro, część wymieniliśmy na rupie, a resztą płaciliśmy, euro jest akceptowane praktycznie wszędzie
  • ubezpieczenie podróżne wykupiliśmy w Signal Iduna, koszt takiego ubezpieczenia za 16 dni to 252 zł za 2 os. i jest to ubezpieczenie podstawowe, przy wykupie są 3 warianty do wyboru
  • wiza przy pobycie do 90 dni nie jest wymagana
  • lot Oslo – Mahe liniami Qatar Airways 3200 zł/os.,
  • taxi z lotniska na Mahe do hotelu ok. 50 Euro w jedną stronę
  • cena za jednorazowy przejazd autobusem 7 SCR niezależnie dokąd jedziecie, trzeba jednak pamiętać, że kierowcy nie akceptują walizek, ewentualnie plecaki, które możecie wziąć na kolana
  • transport promem z Mahe na Praslin ok. 50 euro/os.
  • prom Praslin – La Digue ok. 14 euro/os.
  • lot Air Seychelles Praslin – Mahe ok. 66 euro/os.
  • za wszystkie transporty pomiędzy wyspami wydaliśmy ok. 149 euro/os. czyli jakieś 644 zł
  • wypożyczenie rowerów 100 SCR/dzień (ok. 28 zł), rowerki wypożyczyliśmy bezpośrednio u właścicielki naszej willi
  • pobyt w hotelu Villa Chez Batista na Mahe ok. 625 euro/5 nocy czyli ok. 2700 zł/2os.
  • pobyt w hotelu Cote Jardin na Praslin ok. 625 euro/5 nocy czyli również 2700 zł/2os.
  • pobyt w apartamentach Villa Source D’Argent ok. 414 euro/ 4 noce czyli ok. 1800 zł/2 os.
  • śniadania we wszystkich obiektach były wliczone w cenę, łącznie na zakwaterowanie wydaliśmy ok. 1.665 Euro (ok. 7200 zł/2 os.) pobyt 14 dniowy
  • wydatki, które ponieśliśmy dodatkowo za wycieczki, atrakcje i wstępy do rezerwatów przyrody opiszę w kolejnych postach

Podsumowanie wydatków

  • loty: 6.400 zł
  • zakwaterowanie: 7.200 zł
  • taxi: 100 euro = 432 zł
  • transport między wyspami: 300 euro = 1.300 zł
  • wypożyczenie rowerów: 800 SCR = 222 zł
  • ubezpieczenie podróżne: 252 zł

RAZEM: 15.806 zł/ 2 os.

 

 

 

 

 

 

Koh Poda – mały skrawek tajskiego raju

Zamykam oczy i wciąż widzę piękną, dziką plażę z białym jak mąka piaskiem, po którym raczkują maleńkie krabiki. Tuż obok słychać szum fal spienionych nad nieziemsko błękitnym morzem a nad głową powiewają soczyście zielone palmy 🏝 Żar leje się z nieba a z oddali przypływają drewniane łodzie, których kolorowe wstęgi falują na wietrze, odpędzając złe duchy. Tak wygląda mały, tajski skrawek raju położony na maleńkiej bezludnej wyspie tuż u wybrzeży Krabi, otoczony błękitnymi lagunami Morza Andamańskiego ⛱.

poda790
Koh Poda

Jak dostać się na wyspę?

Koh Poda wchodzi w skład archipelagu tzw. czterech wysp położonych na morzu andamańskim, zaledwie 8 kilometrów od miasteczka Ao Nang w prowincji Krabi. Na wyspę można dopłynąć tradycyjną tajską, drewnianą łodzią tzw. long tail boatem z portu w ciągu około 20 minut. Wyspę można odwiedzić na własną rękę lub w ramach zorganizowanej wycieczki „4 wyspy”, w czasie której można zobaczyć również pozostałe wysepki:

  • Tup Island
  • Chicken Island
  • plaża Phranang na półwyspie Railay

Nam zależało, żeby spędzić na wyspie jak najwięcej czasu, dlatego wybraliśmy pierwszy wariant. Trzeba jednak pamiętać, że Koh Poda jest częścią parku narodowego, więc oprócz kosztów za transport łodzią (300 THB w dwie strony), trzeba jeszcze zapłacić 400 THB/os. za wstęp do parku. Ta opcja wydaje się droższa, jednak znacznie lepsza. Bez pośpiechu mogliśmy cieszyć się słońcem i wspaniałymi widokami tak długo jak nam się podoba. Łodzie powrotne w kierunku Ao Nang kursują do godziny 16.00.

napode
W drodze na Koh Pode

Wyruszamy z portu wczesnym rankiem i pakujemy się na łódkę. Z tego jak dobrze pamiętam pierwsza odpływa o godzinie 8.00. Jedynym warunkiem jest zebranie co najmniej 6 osobowej ekipy ale z racji tego, że był już sezon wysoki nie czekaliśmy długo a chętnych nie brakowało. Zatem łapiemy wiatr w żagle i płyniemy 😉 ⛵ Czym jesteśmy bliżej celu, kolor wody zmienia się z zielonkawego w iście błękitny a z oddali widać połyskujący w słońcu biały piasek. Woda jest tak przezroczysta i krystalicznie czysta, że z łodzi można już było zapuścić żurawia i podziwiać kolorowe rybki🐠

123

20180106_095124

Na miejscu było o dziwo tak pusto, że mogłam nasłuchiwać szumu fal i szeleszczących nad głową palm. Palmy, palmy…ach te palmy 😉🏝 Tak bardzo kojarzą nam się z wakacjami a w Tajlandii spotykamy je na każdym kroku.

poda

poda2

Wyspa jest niezamieszkała a turystów z rana można było policzyć na palcach jednej ręki. I o to chodziło, żeby uciec od tłumów, legnąć na piasku i zrelaksować zmęczone stopy. Dzień wcześniej mieliśmy dzień wycieczkowy wypełniony atrakcjami po brzegi więc przyszła pora na plażowanie i kąpiele w błękitnej lagunie 😎 Doszliśmy do głównej plaży, skąd roztaczał się pocztówkowy, idylliczny widok na wyrastającą z morza skałę, porośniętą zielenią.

poda123

poda5

lodki

I w tak pięknych okolicznościach przyrody można było leżeć na piasku bez końca i leniuchować, wpatrzonym w bezkresne morze z orzeźwiającą wodą kokosową w rękach. Na wyspie nie ma restauracji ale znajduje się mały bar, gdzie można kupić napoje i przekąski. Niestety ceny są sporo zawyżone więc lepiej zabrać zapasy ze sobą. Kokosowa przyjemność kosztowała nas 100 Thb ale ciężko było sobie odmówić w ten upalny dzień.

koh poda

poda2

poda4

podka

24

poda 2

poda6

poda7

poda8

Koh Poda to idealne miejsce na relaks z widokiem na turkusowe morze. Warto przypłynąć tu na cały dzień, rozmarzyć się w gąszczu kokosowych palm i choć przez chwilę poczuć się jak Robinson Crusoe na bezludnej wyspie. Czas chociaż na krótką chwile stanął dla mnie w miejscu a dzień stawał się dłuższy z każdą kolejną godziną. Oprócz wylegiwania na piasku i zażywania kąpieli słonecznych, można snurkować, podziwiając podwodny świat. Można też urządzić sobie spacerek po wyspie, która jest stosunkowo niewielka i zajmuje powierzchnię około 1 km. Każdy znajdzie coś dla siebie. A może wystarczy choć trochę się ponudzić, zamknąć oczy i uciąć sobie drzemkę? 😊

1

Koh poda okazała się jedynie wisienką na torcie i oknem na inne równie piękne wyspy ale o tym napiszę w kolejnym poście.

Praktyczne informacje

  • long tail boat – 300 Thb w obie strony
  • wstęp do parku narodowego – 400 Thb
  • woda kokosowa na miejscu – 100 Thb
  • łodzie kursują od 8.00 – 16.00
  • czas: ok 20-25 min w jedną stronę
  • na Koh Pode polecam wybrać się wczesnym rankiem, żeby uniknąć tłumów i cieszyć się w miarę pustą plażą, choć muszę przyznać, że my mieliśmy dużo szczęścia bo nawet w południe nie było tragedii 🙂
  • warto pamiętać, że na wyspę można również wybrać się ze zorganizowaną wycieczką, w ramach której zobaczycie również inne wyspy tego samego dnia. Trzeba jednak liczyć się z ograniczonym czasem na każdej z wysp. Koszt takiej wyprawy to ok. 650 Thb jeżeli popłyniecie drewnianą łodzią lub ok. 1000 Thb jeżeli zdecydujecie się na szybką łódź motorową. Trzeba pamiętać, że przy wyborze wycieczki należy się targować. Nam prawie każdą, którą wykupywaliśmy udało się zbić niemal o połowę ceny 😉

 

Påske – czyli Wielkanoc po norwesku

Czy ktoś z Was miał okazję spędzać Wielkanoc za granicą? Ja w tym roku świętuję w Norwegii, dlatego postanowiłam przybliżyć Wam trochę tradycję świąt nad fiordami.

Norweskie tradycje wielkanocne znacznie odbiegają od tych, które znamy z polskich domów. Mimo, że na stołach, podobnie jak w Polsce królują jajka, kurczaczki i dodatki w żółtym kolorze, Wielkanoc obchodzona jest tutaj zupełnie inaczej. No cóż, co kraj to obyczaj. Podczas gdy w Polsce malujemy pisanki, szykujemy koszyczki do święcenia a zajączek przynosi dzieciom prezenty, Norwegowie wyjeżdżają na narty do hytte, czytają kryminały i zajadają się czekoladowym wafelkiem Kvikk Lunsj. Tak właśnie tak! Nie przesłyszeliście się 😉 Co niektórych może to dziwić, niemniej jednak dla Norwegów Wielkanoc to przede wszystkim wielkanocne wakacje tzw. påskeferie, które należy spędzić miło, przyjemnie i aktywnie, czyli koselig a najlepiej wrócić z nich påskebrun, czyli z wielkanocną opalenizną. Zapewne wiele z tych pojęć nic Wam nie mówi i słyszycie je po raz pierwszy ale za chwilkę wszystko Wam wyjaśnię 🙂

God-Påske

źródło: http://www.freskus.no

PÅSKEFERIE, czyli wielkanocne wakacje

Wraz z pierwszym powiewem wiosny nad fiordy przychodzi czas Wielkanocy, związanej ze śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa. Ponieważ Norwegowie w większości są narodem  protestanckim, ich świętowanie raczej nie przypomina religijnego charakteru. Dla nich to czas, kiedy mogą odpocząć i wyrwać się z domów. Sprzyja im najdłuższa ilość dni wolnych od pracy w Europie a mają ich aż 3 – Wielki Czwartek, Wielki Piątek oraz Drugi Dzień Świąt. Zatem oficjalne wolne rozpoczyna się już w czwartek, jednak chcący przedłużyć sobie wolne zazwyczaj biorą dodatkowe 3 dni urlopu, dzięki czemu zyskują ponad tydzień wiosennych wakacji. Przy czym norweskie dzieci rozpoczynają swoje ferie już od poniedziałku i śmigają na nartach, podczas gdy polskie siedzą jeszcze w szkolnych ławkach. Pewnie niejeden polski uczeń stwierdziłby, że takiemu to dobrze😊 Jeżeli chodzi o sklepy są już zamknięte w Wielki Czwartek i Wielki Piątek. Część z nich zostaje otwierana ponownie w Wielką Sobotę ale głównie do godziny 16.00.

paskeferie
Wszystko co kojarzy się z Wielkanocą w Norwegii

źródło: http://www.ta.no

HYTTE, czyli domek letniskowy

Prawie co drugi Norweg posiada swoją własną, prywatną hytte, czyli domek letniskowy położony w górach nad brzegiem, jeziora, morza czy fiordu. Wyjazdy do górskiej chaty w czasie Świąt Wielkanocnych stały się już niemal norweską tradycją i łączą się nierozerwalnie z obchodzeniem Wielkanocy. Miałam już okazję być niejeden raz w takim domku i muszę przyznać że są bardzo przytulne a z okien roztaczają się malownicze pejzaże na góry i morze. Kto nie chciałby zasiąść w wygodnym fotelu w blasku płonącego kominka z oszałamiającym widokiem?!

hjjiii (2)
Norweskie „hytte” porośnięte trawą

źródło: archiwum prywatne

PÅSKESKI, czyli Wielkanoc na nartach

Wielkanoc kojarzy nam się z przyjściem wiosny a Norwegom?! No właśnie… Norwegowie kochają spędzać czas na świeżym powietrzu i mają na tym punkcie bzika. Najlepiej żeby było aktywnie a że w górach zalegają jeszcze resztki śniegu tzw. påskeføre, przy okazji pobytu w swoich hyttach zjeżdżają na nartach. To ulubiony, zimowy sport Norwegów, więc jakże mogliby go sobie odmówić w czasie Świąt Wielkanocnych, zwłaszcza, że to ostatni dzwonek na białe szaleństwo. A ponieważ słońce w tym czasie budzi się do życie i otula nasze twarze swoimi promieniami warto przywieźć ze sobą wielkanocną opaleniznę czyli påskebrun. Oprócz wyjazdów na narty bardzo popularne wśród Norwegów są w tym czasie påsketur, czyli świąteczne wycieczki, również zagraniczne do ciepłych krajów. Najważniejsze, żeby wrócić, zadowolonym i wypoczętym.

kioll

źródło: archiwum prywatne

 

KVIKK LUNSJ, czyli wielkanocny batonik

Typowy Norweg w czasie Świąt Wielkanocnych nie ruszy się nigdzie bez swojej ulubionej przekąski jaką jest Kvikk Lunsj, czyli chrupiący wafelek oblany pyszną, mleczną czekoladą. Staram się ograniczać słodycze ale mieszkając w tym kraju ciężko się oprzeć pokusie. Już nie zliczę ile wcięłam tych norweskich batoników 😊 Ważne jest żeby zaopatrzyć się w zapasy i zabrać jak najwięcej wafelków na stok narciarski. Na Wielkanocnym, norweskim stole w każdym bądź razie nie może zabraknąć słodyczy, głównie czekoladowych jajek påskeegg, wafelków kvikk lunsj oraz marcepanów. Wedle tradycji norweskie dzieci w Wielką Sobotę poszukują w ogródkach ukrytych, czekoladowych jajek. Oprócz słodyczy, nie może zabraknąć soczystych pomarańczy. I tak jak w Polsce zapach pomarańczy kojarzy się raczej ze Świętami Bożego Narodzenia, tak w Norwegii króluje na wielkanocnych stołach. Nie może też zabraknąć Solo, czyli norweskiej, pomarańczowej oranżady.

kvikk
wafelek w mlecznej czekoladzie

źródło: http://www.freia.no

PÅSKEKRIM, czyli wielkanocne kryminały

Nie ma to jak norweska Wielkanoc z dreszczykiem 😉 Pewnie zastanawiacie się o czym piszę i czy przypadkiem nie oszalałam. Ale prawda jest taka, że czytanie kryminałów w czasie Wielkanocy stało się tradycją w Norwegii a półki w księgarniach przed świętami aż uginają się od nowości i powieści kryminalnych. Pewnie zastanawiacie się skąd w Norwegii wzięła się taka nietypowa tradycja. Otóż wszystko zaczęło się od wydania kryminalnej powieści pt. „Splądrowany nocny pociąg do Bergen” w latach 20 XX wieku tuż przed świętami, która okazała się prawdziwym norweskim hitem. Od tamtej pory, już co roku w Wielkanoc Norwegowie zasiadają wygodnie w fotelu po kocem, zaczytani w kryminalne fabuły.

paskekrim

źródło: http://www.forlagsliv.no

PÅSKEPYNT, czyli wielkanocne dekoracje

Cała Norwegia aż roi się od białych, drewnianych domów z wielkimi tarasami, przyozdobionymi lampionami, świecami i pluszowymi skórami zwierząt, które służą jako dywaniki czy też ozdoby na sofy i krzesła. Norwegowie kochają zdobić swoje domy zwłaszcza na święta. Lubią czuć się we własnych domach koselig, czyli przytulnie, miło i przyjemnie a prawda jest taka, że mają u siebie pole do popisu.  W czasie Wielkanocy cały dom zamienia się w żółto-zieloną polanę. Jak zapewne zauważyliście powyżej, opakowanie batonika kvikk lunsj przybrało również wielkanocne barwy 😊 Dokładnie jak w Polsce króluje gul, czyli kolor żółty. I tak po domu kicają żółte zające, kury składają żółte jajka, w oknach rozkwitają żonkile i tulipany, na stołach leżą żółte serwety a fotele i sofy zapadają się od ilości żółtych, pierzastych poduszek 😉

paskepynt

źródło: http://www.klingel.no

paskepynt2

źródło: http://www.princessbutikken.no

I jak Wam się podoba? Chcielibyście spędzić Wielkanoc w norweskim stylu? 😉

Wszystkim czytelnikom bloga życzę w takim razie God Påske, czyli Wesołych Świąt Wielkanocnych! 😊🥚🌻

 

Podróż za jeden uśmiech – prawdziwe życie Tajów

Marzymy często o domu z basenem, luksusowych wakacjach, markowych ciuchach, ekskluzywnych perfumach, najnowszym modelu samochodu. Jedziemy do Azji, gdzie jeden uśmiech zmienia wszystko i nagle uświadamiamy sobie jak niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia. Jeden mały gest…jeden szczery uśmiech…jedno dobre serce…jedna pomocna dłoń może zmienić wszystko i znaczy tak wiele. Tajlandia skradła mi serce…ludzie, którzy tam mieszkają…którzy żyją bez pośpiechu…których uśmiech jest lekarstwem na całe zło…którym tak niewiele potrzeba aby być szczęśliwym…którzy sobie pomagają…nie skaczą do gardeł…żyją chwilą tu i teraz…nie patrzą w przyszłość…nie martwią się co będzie jutro. Do szczęścia wystarczy im mała, drewniana chatka…zwyczajna praca…zwykły zawód i tysiące ludzkich uśmiechów …brata…siostry…matki…dziecka…sąsiada. Taką Tajlandię pokochałam i taką zapamiętam bo to nie tylko niebiańskie plaże, a znacznie więcej.

Dzięki autorskiej wycieczce udało mi się dotrzeć do miejsc w rejonie Krabi, do których docierają tylko nieliczni.

1. TARG WARZYWNO – OWOCOWY

targ

Lokalny targ w Krabi był prawdziwą eksplozją smaków, kolorów i zapachów w jednym. Chyba nigdy w swoim życiu nie widziałam na raz tylu wielobarwnych owoców i warzyw w jednym miejscu. Moje zdumione oczy nagle rozbiegły się we wszystkie strony i nie potrafiły skupić w jednym punkcie. Mnóstwo kolorowych straganów wypełnionych soczystymi owocami i dorodnymi warzywami. Aż ślinka ciekła, kiedy je zobaczyłam. Zapewne część z nich widziałam pierwszy raz na oczy i nie miałam zielonego pojęcia na co patrzę i co to za owoc tak naprawdę. Ciężko było je zidentyfikować. W dodatku na targu panował dość spory chaos, gwar i straszna duchota, gdyż mnóstwo ludzi spacerowało wokół z niezwykłym zaciekawieniem w poszukiwaniu ulubionych smaków. Popatrzmy na te pyszności! Same łakocie i witaminy 🙂

targ2

targ3

targ4

targ5

targ6

targ7
Dragon Fruit, czyli Smoczy Owoc

targ8

targ9

Z tego wszystkiego zachciało mi się pić więc podążając za pragnieniem rzuciłam się  na kokosy i wodę kokosową, za którą zapłaciliśmy o połowę mniej niż w Ao Nang bo jedyne 20 Bht, czyli około 2 polskich złotych. Spragniona wypiłam jednym łykiem, zwłaszcza, że uwielbiam wszystko co kokosowe i z tym związane.

kokosy3
Świeżutkie kokosy

kokos2

kokos
Pychotka!

Kiedy minęliśmy przyjemne dla oka warzywa i owoce i poszliśmy dalej już nie było tak kolorowo. Zapach ryb i mięsa leżącego na straganach w ponad 30 stopniowym upale nie zachęcał już tak do jedzenia. Chociaż uwielbiam ryby, szybko stamtąd się ewakuowaliśmy.

targ10

targ11

targ12targ13

2. TAJSKIE PRZYSMAKI

Wizyta na lokalnym targu warzywno – owocowym tylko zaostrzyła mój apetyt dlatego przy okazji warto wspomnieć o tajskich potrawach. Obowiązkowym punktem wizyty w Tajlandii jest oczywiście uliczne jedzenie, tzw. street food, gdzie na każdym kroku możecie spróbować lokalnych przysmaków.

Każdy kto choć raz spróbował tajskich specjałów, wie, że to prawdziwa uczta dla podniebienia. Zdecydowanie pikantne potrawy z nutą trawy cytrynowej to orgia dla największych smakoszy i fanów ostrego jedzenia. Kto nie próbował tajskiej zupy Tom Yum, która wypaliła mi niemal wszystkie nozdrza nie wie ile traci😉Niezwykle aromatyczna i rozgrzewająca pobudzi nawet największego niejadka. W jej skład wchodzą między innymi krewetki, kurczak, chilli, trawa cytrynowa, grzyby. Wygląda całkiem apetycznie. Gorzej było kiedy pierwsza łyżka wylądowała w moich ustach 😋 Chyba pierwszy raz w życiu poczułam co znaczy piekielnie ostre żarcie😝 Oczywiście z dodatkiem ryżu smakowało wybornie.

tom yum
Tajska zupa Tom Yum

Całe szczęście kolejna potrawa była już dla mnie bardziej łaskawa i chyba najbardziej mi posmakowała. Pad Thai to najpopularniejsze danie w całej Tajlandii, czyli makaron ryżowy serwowany najczęściej z tofu, kurczakiem, owocami morza i kiełkami fasoli mung. Uliczny smakował wybornie i kosztował jedyne 80 Bht (8 zł). Do tego koniecznie trzeba spróbować ulicznych, świeżo wyciskanych soków z owoców jakie tylko Wam się zamarzą. Moje ulubione to oczywiście mango i arbuz. W labiryncie stoisk, moją uwagę przykuło jedno, gdzie wystarczyło jedynie wskazać owoc, z którego na miejscu przygotowywano orzeźwiający soczek.

pad thai
Uliczny Pad Thai

owoce

sok
sok z arbuza

Kolejnym daniem, któremu nie mogłam się oprzeć była Green Papaya Salad. W sam raz na gorące dni. To nic innego jak pomidory, zielony groszek, orzechy, krewetki a wygląda dość apetycznie.

ulicznejedzenie

papaya salad
Papaya Salad

Po takim jedzeniu nie sposób się ruszyć z miejsca ale czekał jeszcze deser. Nie mogłam oprzeć się pokusie, żeby nie spróbować domowej roboty tajskich lodów czy naleśników z owocami. Prawda jest taka, że rolowanym, mrożonym słodkością przygotowywanym na oczach klientów nie oprze się żaden miłośnik słodyczy. W dodatku sami możemy skomponować  składniki, które lubimy najbardziej. Nic tylko kosztować. Palce lizać!

taskielodytajskielody2

nalesniki

nalesniki2

To tylko niektóre z tajskich smaków i zapachów. Jest tego dużo więcej i jest w czym wybierać. Wystarczy nocą wybrać się na spacer wzdłuż ulic Ao Nang a znajdziecie wszystko czego dusza tylko zapragnie.

3. FABRYKA ORZECHÓW NERKOWCA

Czy ktoś z Was wie jak rosną orzechy nerkowca? Ja nie miałam zielonego pojęcia dopóki nie zobaczyłam jak wyglądają owoce nerkowca. W życiu bym nie powiedziała, że te niezwykle smaczne orzeszki, które sobie często zajadamy w domowym zaciszu do filmu na kanapie wyglądają własnie tak. Orzechy nie wyrastają bezpośrednio z drzewa ale są częścią jego owocu, które do złudzenia przypomina raczej paprykę lub gruszkę.

orzechy

Wizyta w fabryce orzechów nerkowca była niezwykle ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza, że nigdy wcześniej nie byłam w podobnym miejscu. Cały proces przetwórstwa odbywa się na miejscu. Orzeszki najpierw zostają wypalane w ogniu a następnie poddane starannej, ręcznej obróbce, którą zajmują się tajscy pracownicy fabryki. Praca jest dość żmudna i monotonna. Przez 8 godzin, często nawet dłużej orzechy nerkowca zostają łupane ręcznie orzeszek za orzeszkiem. I tak powstaje dorodny orzech. Trzeba być bardzo ostrożnym, żeby nie uszkodzić wnętrza skorupki.

orzechy 2orzechy3

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że praca lekka i przyjemna bo siedząca ale czy aby na pewno. Przypatrzmy się bliżej. Po wizycie w fabryce nie dziwi mnie już fakt, że nerkowce są tak drogie, gdyż ich obróbka jest niezwykle czasochłonna.

fabrykafabryka 2fabryka 3fabryka 4fabryka 5

Tuż obok fabryki znajdował się sklepik, w którym można było orzeszków popróbować i zaopatrzyć się w zapasy. Będzie co chrupać przed telewizorem po powrocie 😉

4. WIZYTA W TAJSKIEJ SZKOLE

szkola

20180104_110454

Wizyta w tajskiej szkole była chyba najbardziej wyczekiwaną przeze mnie i najbardziej wzruszającą. Dzieci od zawsze były bliskie mojemu sercu z racji wykształcenia, gdyż z zawodu jestem pedagogiem. Dziecko jest symbolem szczęścia, radości, dumy i uśmiechu. Przekraczając próg tajskiej szkoły wiedziałam, że to będzie wyjątkowy dzień. Już na wstępie przywitały nas dwie uśmiechnięte dziewczynki, ubrane w ciemnozielone uniformy. Z zaciekawieniem patrzyły na nas zastanawiając się zapewne dlaczego zakłócamy ich szkolny spokój.

szkolatajszkolataj2

Idąc dalej szkolnym korytarzem zerkamy przez uchylone drzwi do poszczególnych klas. Jest dość skromnie ale czysto i kolorowo. Ściany przyozdobione w plakaty edukacyjne i prace uczniów, na półkach leżą gry, zabawki a nawet pluszaki. Zgodnie z tajskim zwyczajem przed każdą klasą stoją półki a na nich pozostawione buty.

szkolataj3szkolataj4szkolataj5

Zostawiamy swoje obuwie i wchodzimy do jednej z najmłodszych klas, gdzie witają nas rozpromienione twarze tajskich pociech. A ponieważ idąc do kogoś w odwiedziny nigdy nie wybieram się z pustymi rękami, tak i tym razem przygotowaliśmy niespodziankę dla dzieci i przynieśliśmy ze sobą polskie łakocie. Radość dzieci i uśmiechy na ich twarzach były bezcenne. Do dziś mam przed oczami widok małej, tajskiej dziewczynki, która w podziękowaniu za czekoladkę obdarowała mnie swoim słodkim uśmiechem i składając rączki jak do modlitwy ukłoniła się w podziękowaniu. Takich momentów się nie zapomina. To one sprawiają, że każda podróż jest wyjątkowa.

tajkaszkola2

tajkaszkola

szkola2

20180104_105834

22

20180104_105433

Wizyta w tajskiej szkole była dla nas powrotem do beztroskiego dzieciństwa, za którym tak bardzo wszyscy tęsknimy. Fajnie było przez chwilę oderwać się od rzeczywistości i po tylu latach wrócić do szkolnej ławki. Oby takich chwil było jak najwięcej. Bez wątpienia przekonałam się, że w każdym dorosłym żyje dusza dziecka.

lawka 2lawka

5. W TAJSKIM DOMU

20180104_113613

Tradycyjne tajskie domy budowane były z drewna tekowego na palach. Podniesienie domów miało służyć jako forteca przed tropikalnymi zwierzętami i różnego rodzaju insektami. Dzięki temu są również lepiej oświetlone. Tego typu domy można zobaczyć po dziś dzień w wielu miejscach.

domytekowe

Tajowie nie przywiązują szczególnej wagi do tego jak wyglądają ich domy. Wnętrza są zazwyczaj proste i skromne ale czyste. W wielu tajskich domach przeważnie nie ma pralek i typowej kuchni, aczkolwiek ten, który odwiedziliśmy był wyjątkiem. Niemniej jednak często te kuchnie są bo są ale Tajowie praktycznie ich nie używają i rzadko z nich korzystają. Zazwyczaj jadają poza domem. Pralki z reguły są ogólnodostępne, na monety. Trzeba pamiętać, żeby przed każdym domem pozostawić buty, zgodnie z tradycją, która mówi o tym, że nogi są brudne a głowa święta.

kuchnia

kichnia2 (2)

Tajskie domy od środka wyglądają niezwykle kolorowo. Wnętrza zdobią ręcznie tkane dywany i obrazy. Trudno tutaj dopatrzyć się swojego rodzaju gustu czy stylu w urządzaniu domu ale z reguły panuje ład i porządek. W domu, który odwiedziliśmy przeważały dziecięce ubrania i zabawki.

pokoj

pokoj5

pokoj2

pokoj3

pokoj4

6. TAJSKI BOKS

„Muay Thai”, czyli tajski boks jest narodowym sportem Tajów. To sztuka walki, która polega na zadawaniu ciosów przeciwnikowi z wykorzystaniem uderzeń łokciami i kolanami a ciosy zadawane są z pełną siłą. Kto nie lubi wylegiwać się na plaży całymi dniami miał okazję obudzić w sobie ducha wojownika na ringu 😉

20180104_111846

Publika była zachwycona i zdumiona pokazem. Niesamowite było to ile siły i woli walki jest w tych młodych, tajskich chłopcach, którzy trenują już od najmłodszych lat. Na ich strój treningowy składają się głównie krótkie, kolorowe spodenki z tajskim napisem oraz koszulka bez rękawków, zazwyczaj z wizerunkiem tygrysa. Chłopcy, którzy brali udział w pokazie byli przyodziani jedynie w spodenki.

20180104_111932

boks2

tajskibox

tajskibox2

tajskibox3

Ci, którzy zdobyli się na odwagę, mogli spróbować swoich sił w starciu z tajskimi mistrzami. Chętnych nie brakowało a po skończonej walce, mimo zmęczenia na ringu zapanowała ogromna radość.

20180104_112809

boks

7. KOH KLANG

koh klang

Koh Klang jest niewielką wysepką położoną zaledwie 10 minut jazdy łodzią od miasta Krabi. Zamieszkana jest w całości przez wyznawców Islamu. Tutaj życie mieszkańców płynie powoli. Brak dróg i samochodów sprawia, że jest idealnym miejscem, gdzie w ciszy i spokoju z dala od masowej turystyki można wypocząć w zgodzie z naturą.  Niestety nie znajdziemy tutaj rajskich plaż, które oblewają inne tajskie wyspy ale myślę, że warto tu zaglądnąć choćby na chwilę aby zobaczyć jak żyją lokalsi. Mieszkańcy wyspy żyją głównie z agroturystyki i rybołówstwa. Wyspa słynie z uprawy ryżu i rękodzieła.

kohklang4

kohklang3

kohklang2

Będąc na wyspie odwiedziliśmy plantację ryżu. Warto wspomnieć, że Koh Klang jest jednym z dwóch obszarów, gdzie w Tajlandii uprawia się czerwoną odmianę ryżu zwaną Sangyod, która jest bardzo zdrowa i bogata w wysoką zawartość błonnika.

ryz
plantacja ryżu
ryz3
pola ryżowe

ryz2

Oprócz plantacji ryżu odwiedziliśmy warsztat rękodzieła, gdzie powstają miniatury  tradycyjnych, tajskich, drewnianych łodzi. Poznaliśmy przesympatycznego Taja, który tworzy prawdziwe dzieła sztuki. Jest autorem między innymi projektu, który był robiony na zamówienie dla tajskiej rodziny królewskiej.

lodzie

warsztat

lodzie2
Ręcznie wykonana miniatura tajskiej łodzi

Jak widać Tajlandia zachwyca różnorodnością i ma wiele do zaoferowania turystom. Nie wystarczy tylko korzystać z walorów przyrodniczych tego pięknego kraju i wylegiwać się na egzotycznych plażach ale warto zgłębić się w fascynującą kulturę i poznać prawdziwe życie jego mieszkańców. Bo podróże to nie tylko piękne krajobrazy ale również niesamowici ludzie, którzy otwierają swoje serca i wyciągają rękę ku nam kiedy przekraczamy granicę ich kraju a uśmiech nie schodzi z ich twarzy 🙂

tajka (2)

Przydatne informacje

1. Ceny:

  • butelka wody mineralnej – 7 THB
  • piwo Chang w restauracji – ok. 100 THB
  • drink w restauracji – ok. 200 THB
  • Pad Thai – 80-120 THB w zależności od rodzaju i miejsca (jak dla mnie najtaniej i najsmaczniej oczywiście na street foodach🙂)
  • woda kokosowa – 20-50 THB
  • wyciskane soki – 30-70 THB w zależności od rodzaju owoca
  • naleśniki – 40-60 THB w zależności z czym
  • tajskie lody – ok. 50- 80 THB

2. Ciekawostki:

  • w Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny
  • walutą w Tajlandii jest baht (THB), 10 bahtów = 1 zł
  • głowa jest święta i stanowi najważniejszą część ciała, dlatego nikt nie może dotknąć głowy drugiej osoby, szczególnie dzieci
  • przed wejściem do świątyń, domów i szkół należy ściągnąć buty, stopy uznawane sa bowiem za nieczyste
  • Tajowie wierzą w duchy, dlatego np. większość tradycyjnych, tajskich łodzi jest przewiązana kolorowymi wstęgami kwiatami, które mają chronić łodzie przed złymi duchami i zatopieniem
  • po przylocie do Tajlandii należy przestawić zegarki o 6 godzin do przodu względem polskiego czasu
  • Tajlandczycy witają się słowem „Sawasdee”, składając dłonie jak do modlitwy a głową wykonują lekki skłon

 

 

Geiranger – klejnot wśród norweskich fiordów – najpiękniejsze trasy

Prawda jest taka, że do raju można trafić i za życia a rajskie widoki rozpościerają się wzdłuż jednego z najbardziej malowniczych norweskich fiordów Geiranger. Miłośnicy przyrody odnajdą tutaj prawdziwe klejnoty, które stworzyła matka natura. Strome zbocza gór, po których spływają liczne wodospady, opuszczone górskie farmy, po których hasają dzikie lamy i stada owieczek oraz białe szczyty gór pokryte śnieżnym puchem w środku chłodnego lata, tworzą niezapomniane pejzaże. Często nazywany „Królem Fiordów” został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jedno jest pewne Król może być tylko jeden. A może macie ochotę oko w oko spotkać się z wielkim, włochatym trollem, który bez wątpienia jest największą wizytówką tej bajkowej krainy. Legendy głoszą, że to złośliwe stworzenia, jednak moje spotkanie z trollem było całkiem sympatyczne 😉

10368960_784868608212346_7013510689856055738_o
Troll nie taki straszny jak go malują

WODOSPADY

Dziewiczą przyrodę Geirangerfiordu można odkrywać na kilka różnych sposobów. Pieszych wędrówek po górach, wycieczek krajoznawczych czy rowerowych, lub pływając łódką czy też kajakiem wzdłuż fiordu. Z ostatniej perspektywy najbardziej imponująco wyglądają okoliczne wodospady. A jest ich tutaj na prawdę sporo. W okolicy nie ma problemu z wypożyczeniem łódki lub kajaka więc ruszamy na spotkanie z cudami natury.

11402317_1003194193046452_8963144530268441785_o

Aż dech zapiera, kiedy podpływamy pod pierwszy z nich Frieren, co z norweskiego oznacza „Zalotnik”. Nie mogę się powstrzymać i po dobiciu do brzegu, wyskakuję z łódki, by stanąć oko w oko ze spektakularną przyrodą. Oczywiście wodospad mnie nie oszczędził a swoją spontaniczną reakcję przypłaciłam przemoczeniem do suchej nitki. Ale opłacało się, gdyż wrażenia nie do opisania. Na własnej skórze poczułam wodny pył, który muskając delikatnie, rozpryskiwał się we wszystkie strony. Przez chwile nawet zrobiło się chłodniej.

11119943_1003194926379712_2237903594060663820_o
Wodospad „Zalotnik”

11415483_1003194439713094_7370957678597282242_o

Kolejny przystanek to jedna z najsłynniejszych atrakcji turystycznych w Norwegii – wodospad De syv Søstre, czyli „Siedem Sióstr”, który zdobi widokówki ze sklepów z pamiątkami w całym Geiranger. Ten niesłychany pocztówkowy krajobraz wygląda imponująco z pozycji łódki a tworzy go siedem kaskad, spływających do fiordu z wysokości prawie 300 metrów. Historia wodospadu wiąże się z legendą o miłości, która głosi, że pewien Wiking wyruszył na poszukiwania żony. W czasie tej wędrówki napotkał na swojej drodze siedem sióstr. Nie mógł jednak zdecydować, którą z nich wybrać za żonę. Z tej rozpaczy zamienił się w wodospad, który spływa teraz potokami wraz z wszystkimi siostrami.

jhgjj
Wodospad „Siedem Sióstr”

10506887_1003194863046385_6169132273807754049_o

Nieopodal „Siedmiu Sióstr” znajduje się równie ujmujący  wodospad Brudesløret, co w tłumaczeniu z języka norweskiego znaczy „Biały Welon”. Do złudzenia przypomina welon panny młodej, gotowej do zamążpójścia 🙂

1557175_1003194756379729_7056266458423051514_o
W tle wodospad „Biały Welon”

11219544_1003194346379770_6683859276933241134_o

Wokół wodospadów słychać odgłosy natury, na półkach skalnych pasą się owce, z oddali słychać kozy ze swoim kozim „meeee” a swoje gniazda wiją ptaki. Kto z Was nie chciałby brać udziału w tak niesamowitym spektaklu, w którym grają niebywałe okoliczności przyrody? 😉

To jednak nie koniec wodospadowej przygody, ponieważ w Geiranger znajdują się jeszcze dwa, które zasługują na szczególną uwagę. Pierwszy z nich usytuowany jest w samym sercu miasteczka i nazywa się Fossevandring. Można dojść do niego pieszo, kierując się wzdłuż pola namiotowego. Trasa nie jest wymagająca więc zarówno dla młodszych jak i starszych turystów. Na szczyt wodospadu prowadzą schody, które w moim odczuciu stanowią ułatwienie dla tych najbardziej strudzonych i nie lubiących aktywności fizycznej. Wokół wodospadu możemy podziwiać bujną roślinność, z której żywa, soczysta zieleń aż bije po oczach i ten powiew świeżości…czystego, górskiego powietrza.

10915088_998623950170143_8368459924423551186_o
Wodospad „Fossevandring”

11538079_998623883503483_1865159903810289286_o

11429662_998623693503502_2804349051567094823_o

Z wodospadu powiewa lekkim chłodem, mimo, iż jest piękny, słoneczny dzień. W niektórych momentach, gdzie woda spływa niczym błyskawica, lekka mżawka delikatnie muska moją twarz.

10348655_998623313503540_2018891422108543608_o

Dla spragnionych wrażeń, największa niespodzianka czeka na samej górze. Znajduje się tutaj metalowa kładka, wysunięta ponad wodospad, na którą można wejść i podziwiać panoramę całej okolicy.

1614573_998624086836796_6121907341954686462_o
Panorama Geiranger

11406123_998624020170136_3107857326210864291_o

Schodząc w dół, za drogą, która znajduje się tuż za wodospadem obok jednego z najsłynniejszych hoteli w Geiranger „Union Hotel” natrafiłam na małą chatkę, niczym z krainy elfów. Chatka była porośnięta trawą a obok znajdowało się niewielkie źródełko. Drzwi były lekko uchylone a ja zastanawiałam się czy wejść do środka bo być może natrafię jeszcze na jakiegoś Trolla jak głoszą legendy 🙂 A co mi tam! Wchodzę – pomyślałam. Najwyżej mnie zje 😉 Stało się jednak inaczej, gdyż cała i zdrowa wróciłam do domu a wrażeń co nie miara.

11406116_998623113503560_2611535654150037838_o
puk…puk…czy w tej chatce mieszkają trolle? 😊

Jednym z piękniejszych wodospadów wartych uwagi w rejonie fiordu Geiranger jest bez wątpienia Storseterfossen. Jego wyjątkowość polega na tym, że jest to wodospad, który można obejść tuż za nim. Miałam okazję odwiedzić to magiczne miejsce dwa razy w czasie swojego pobytu w Geiranger i z pewnością zrobiłabym to po raz kolejny. Tuż nad wodospadem znajduje się zielona polana, na której można odpocząć po wyczerpującym trekkingu. W przeciwieństwie do jego poprzedników wodospadu nie zobaczymy w czasie rejsu statkiem po fiordzie a możemy dotrzeć do niego drogą lądową. Szlak prowadzi z farmy Vesterås, do której można dotrzeć pieszo lub dojechać samochodem i zajmuje około godziny. Po drodze mijamy bujną roślinność i kilka strumyków z wodą aż dochodzimy do miejsca, skąd słychać szum wodospadu. Zejście do kaskady prowadzi schodkami w dół i otoczone jest balustradą ze względów bezpieczeństwa. Szlak jest idealnym miejscem dla poszukujących kontaktu z wszechobecną naturą i z pewnością pozostawia po sobie niezapomniane wspomnienia.

10380651_793803780652162_7272988120398716667_o
Tuż nad wodospadem
10295057_793802817318925_4535484788975807710_o
Łysa polana nad wodospadem
10372945_793802627318944_8651952486693586304_o
Początek wodospadu „Storseterfossen”

10454066_793802923985581_1184590844713720827_o1498874_793804913985382_4429969586203353679_o

886021_1006394602726411_8990594738826416811_o
Wodospad „Storseterfossen”

10344168_793804097318797_2862277233685934685_o10329857_793803617318845_3325284821153555662_o

SZCZYTY GÓRSKIE

W Geiranger jest kilka szlaków, które wiodą na szczyty gór, skąd można w ciszy i spokoju podziwiać panoramę całego fiordu a przy tym doznać tak silnych emocji, że nie sposób wrócić na dół i zapomnieć o tym co przeżyło się na górze. Jedyne co Wam może zakłócić ten spokój jest śpiew wiatru, który z góry rozbrzmiewa we wszystkie strony świata. Kto kocha góry i chodzi po górach pewnie wie co mam na myśli 😉 Te przepiękne widoki za każdym razem wywołują gęsią skórkę na moim ciele, niekiedy łzy w oczach, gdy tam na górze uświadamiam sobie jaki ten świat jest piękny i dziękuję, że było mi dane go oglądać niemal z lotu ptaka.

W Geiranger odnalazłam dwa takie szlaki, wiodące na sam szczyt, które spowodowały szybsze bicie mojego serca. Dotarcie do pierwszego z nich Laushornet na wysokość 1502 m n.p.m. okazało się nie lada wyzwaniem, zwłaszcza, że w drodze doznałam małej kontuzji nogi. Ale to nic, jak to mówią do wesela się zagoi 😉Szczyt uśmiechał się do mnie każdego ranka w drodze do pracy, a ja spoglądałam na niego z dołu i od pierwszego wejrzenia wiedziałam, że nie odpuszczę i muszę stawić mu czoła. Trasa ku górze rozpoczyna się przy farmie Vesterås Gård, skąd prowadzi w kierunku wodospadu Storseterfossen, o którym pisałam powyżej. Kilkanaście metrów tuż za wodospadem ścieżka się rozdziela i rozpoczyna się szlak na szczyt, który początkowo wygląda zupełnie niepozornie, lecz po chwili zamienia się w nie lada wyzwanie i jest dosyć stromo. Od razu w głowie zaczęły kłębić się złe myśli jak ja stąd zejdę. Kiedy uporaliśmy się z najgorszym, mijamy po drodze wspaniały wodospad i jednego chłopaka, który gnał w górę z prędkością światła. Od razu widać kto tu ma kondycję niczym błyskawica 😊 No ale co ja sobie myślałam. Wiedziałam od początku na co się porywam. W końcu szlak był oznaczony czarną czwórką, a gorzej już być nie może.

11900095_1034012596631278_2975509631306333147_o11885120_1034012503297954_9106971466563585199_o

Po przejściu najgorszego etapu wspinaczki dochodzimy do zielonej polany, skąd roztaczał się cudny widok na góry i pasły się owce. Wspinamy się troszkę wyżej i naszym oczom ukazuje się najprawdziwszy śnieg.

11874998_1034011473298057_388527199641489792_o (1)11875102_1034012393297965_1693607752232600800_o11888607_1034011543298050_4886220969729381815_o

Miałam wrażenie, że jesteśmy już prawie na miejscu, kiedy doszliśmy do rumowiska, ale to tylko złudne nadzieje a szczytu jak nie było tak nie ma. Z zapartym tchem, zniecierpliwieni ruszamy dalej, mijając coraz to większe kamienie, aż dochodzimy do miejsca, skąd można podziwiać pierwsze, fascynujące widoki na fiord.

blog

11058623_1034011656631372_6091069746157376518_o

Stąd już tylko kilka kroków dzieliło nas aby osiągnąć zamierzony cel i udało się. Z zachwytu omal nie spadłam w przepaść i chociaż góra dała mi nieźle w kość, wszelkie utrudnienia zostały z miejsca wybaczone. Nie codziennie można delektować się takim widokiem.

11891429_1034012239964647_7628828898812408104_o11890431_1034011936631344_2119927509529699134_o11872169_1034011386631399_1266280183900719923_o11884657_1034012289964642_6074159789557256477_o11856506_1034010069964864_8786279250627662710_o

Po chwili spędzonej w tym miejscu było mi już wszystko jedno, jak zejdę, czy zejdę, czy może będą mnie ściągać stamtąd helikopterem😊Ostatecznie w najgorszych momentach zjechałam na tyłku ale najważniejsze, że cali i zdrowi wróciliśmy do domu. Cały trekking zajął nam około 8-9 godzin.

Oprócz dość wymagającego szlaku na Laushornet, jest jeszcze jedna obowiązkowa góra Dalsnibba, która rozpościera się 1495 m n.p.m. nad Geirangerfiordem. Będąc w Geiranger codziennie rano budziłam się mając przed oczami zdumiewający krajobraz za oknem. Wszędzie góry, a wśród nich jeden ze szczytów, który przykuł moją uwagę. W środku lipca wciąż był pokryty śniegiem. Od miasteczka dzielił go kręty odcinek 21 kilometrowej drogi. Dostać się tutaj można na dwa sposoby: samochodem lub autobusem wraz ze zorganizowaną wycieczką. Po drodze mijamy malownicze krajobrazy niczym z krainy elfów.

11722347_1016242755074929_5213187539402359317_o

11754495_1016243621741509_3031217881103197126_o

Dalsnibba to jedyny szczyt, na który nie trzeba wdrapywać się o własnych siłach a można wjechać samochodem. Pokonanie całej trasy zajmuje około 30 minut. Po drodze można podziwiać szmaragdowe jezioro Djupvatnet, często pokryte lodem. Droga na szczyt otwarta jest niestety tylko latem ze względu na zalegające masy śniegu. Na miejscu czeka taras widokowy, parking dla autobusów i samochodów oraz sklepik z pamiątkami no i oczywiście jedne z najpiękniejszych widoków pod słońcem.

10575458_817345168298023_666552761707768507_o

10535656_817353028297237_8564260118871759387_o10557005_817352638297276_3942779795635331900_o10547933_817352294963977_210477945459964433_o11154961_1016244468408091_6663662525697785242_o

GÓRSKIE FARMY

Nigdzie nie czuję się lepiej niż na łonie natury. Natura maluje obrazy, które niekiedy znaczą więcej niż tysiąc słów. Opisując Skageflå, jedną z nielicznych farm górskich położonych na zboczach fiordu Geiranger mogłabym kompletnie zamilknąć. Bo cóż znaczą słowa w obliczu pejzaży, które igrają z naszym onieśmielonym na ich widok wzrokiem. Podobno milczenie jest złotem 😉 Jednak muszę przemówić w imieniu tych pięknych krajobrazów, które spotkałam w drodze do Skageflå. Do farmy można dotrzeć na dwa sposoby: tylko pieszo lub łodzią i pieszo. Ponieważ często lubię utrudniać sobie życie i nie idę na łatwiznę wybrałam pierwszą opcję, co wiązało się z około 4 godzinnym spacerem w jedną stronę. Mało tego, zamiast wrócić stamtąd jak normalny człowiek łódką po wyczerpującym trekkingu, wróciłam o własnych nogach ledwo żywa.

Szlak rozpoczyna się niedaleko centrum miasteczka, tuż obok wodospadu Fossevandring, o którym pisałam powyżej. Stamtąd za około kilometr drogi czeka przeprawa przez las ale żeby nie było lekko i przyjemnie, niestety pod górę. Po około godzinie las się rozstępuje a ja niczym Alicja w krainie czarów trafiam do zupełnie innej bajki, w której królują kudłate domki porośnięte trawą 😉 Jako, że zasłużyłam na odpoczynek, rzucam się od razu na trawkę by móc delektować się otaczającym mnie górskim pejzażom.

10473054_817354934963713_7611983283190985568_o10380095_817355544963652_6193641181334987831_o

jhjg

Jeżeli tak ma wyglądać początek to ja od razu piszę się na dalszą część wyprawy i w nogi. Powoli zaczęły odmawiać posłuszeństwa a ja miałam wrażenie, że nie jestem jeszcze nawet w połowie drogi. W dodatku słońce nieźle przypiekało mi policzki. Idę dalej wydeptaną ścieżką aż zdaje sobie sprawę, że to chyba nie tędy droga i trzeba poszukać właściwej. Ale to nic bo dotarłam przez pomyłkę do skały, skąd roztaczał się nieziemski widok. Łapię oddech i przysiadam na krótką chwilę, która obróciła się w całą wieczność ale warkocz wodospadu, który spływał w dół po zboczach fiordu był bezcennym widokiem.

skagefla

616577_817356288296911_8208808335285545551_o

1548088_817356708296869_4541327038661652180_o

Potem było już tylko gorzej. Musiałam pokonać stromy odcinek drogi w dół, który składał się z głazów i kamieni, zanim dotarłam do farmy.

10431322_817354361630437_6212466429845434950_o

W Geiranger warto odwiedzić jeszcze jedną farmę, żeby poczuć sielskość i spokój tego miejsca Westerås. Dotarcie tutaj jest znacznie mniej skomplikowane niż Skageflå i zajmuje około godzinki, półtorej spacerem. Szlak rozpoczyna się tuż obok słynnego hotelu Union. Oczywiście dla wygodnych, do farmy można dotrzeć okrężną drogą samochodem. Ja jednak polecam na piechotkę, gdyż szlak nie jest skomplikowany i trudny. Na pewno nie pożałujecie a w drodze spotkacie liczne zwierzęta, które z dumą będą pozowały do zdjęć 😉 Jeżeli kochacie lamy i owieczki to znajdziecie ich mnóstwo na farmie. Jak to w stadzie bywa, znalazła się też i jedna czarna owca 🙂

11054391_1006394396059765_5343016610554117232_o11700893_1006394502726421_9192555585764172456_o

1398946_833407403358466_6415117365878344700_o1523731_833409163358290_7802270140164534580_o10498671_833407620025111_5151531850909637710_o10515271_833409366691603_2901335427611010000_o10548226_833408820024991_88856472511310962_o11159884_1006394542726417_3298736021006614633_o

Oprócz zwierząt na szlaku czekają niebiańskie widoki, którym nie oprze się żaden turysta kochający górskie pejzaże. Wystarczy tylko przysiąść na trawce, rozłożyć kocyk, głęboko odetchnąć czystym powietrzem i podziwiać panoramę.

10623938_833408053358401_2245331740227864313_o1398991_833409780024895_6302950168286648489_o

10644535_833409500024923_7794533363860576635_o

10575447_833406056691934_8755060461695601599_o

Na farmie znajduję się również bardzo przyjemna restauracja z tarasem widokowym, którą warto odwiedzić wybierając się w to miejsce.

PUNKTY WIDOKOWE

Kto nie marzył choć raz o drewnianym domku w górach z widokiem, który zwalałby z nóg? Przenieśmy się zatem choć na chwilę na dach świata, do jednego z najpiękniejszych punktów widokowych, gdzie poczujemy powiew górskiej świeżości i smak prawdziwego lata, gdyż tego dnia słonko prażyło mocno. Ørnevegen, bo o nim mowa, czyli z norweskiego tłumaczenia „Gniazdo Orłów” to nie lada atrakcja w okolicy. Wystarczy pokonać pieszo 11 serpentyn, krętej drogi w górę by znaleźć się na miejscu, gdzie czeka niezapomniany widok. Nie będę Wam wpierać oczywiście, że to jedyny sposób, aby dostać się na górę, bo można pojechać samochodem lub autobusem wraz ze zorganizowana wycieczką 🙂Ale po co wydawać pieniądze i bezcelowo szukać miejsca parkingowego, kiedy spacer pośród fiordów to czysta przyjemność dla duszy, ciała i oka 😉 Na pewno nie pożałujecie wybierając się tam pieszo. Wystarczą dobre buty i maszerujemy. Droga rozpoczyna się tuż nad hotelem Grande Fjord, skąd całą trasę można pokonać w godzinkę, w zależności od kondycji. Lekko zdyszana, w połowie drogi mijam przepiękny wodospad. Ależ tu jest pięknie!

geiranger

10428312_814296491936224_1175404726516269093_o

10365504_792524297446777_6179125895645143466_o

Na górze czeka już tylko wspaniały punkt widokowy, wciśnięty pomiędzy ziemią a niebem. Punkt, gdzie możecie się zatrzymać, złapać oddech i zachwycić pięknem otaczającej przyrody. Oby ta chwila trwała wiecznie. Będę tęsknić niewyobrażalnie ❤

10273118_792526527446554_2023216259608603356_o
Punkt widokowy „Ornevegen”

10383872_792526264113247_5131629197867298038_o

Pocztówki w całym Geiranger przedstawiają jeszcze jeden charakterystyczny punkt widokowy, jednak bardziej ekstremalny i tylko dla widzów o mocnych nerwach. Za chwilę przekonacie się czy warto ryzykować i sprawdzić poziom swojej adrenaliny 😉 Ja zaryzykowałam chociaż cierpię na paniczny lęk wysokości. Mowa o Flydalsjuvet, niezwykłej półce skalnej, która góruje nad przepaścią. Mam gęsią skórkę na samą myśl, kiedy sobie przypomnę to miejsce i potworne drżenie nóg, zbliżając się do krawędzi. Ależ ciśnienie skoczyło w górę!

jkhgjhg (2)

Idąc znacznie wyżej w górę, podążając za drogą znajduje się całkiem spora zatoczka dla samochodów i autokarów z miejscem widokowym, gdzie można się zatrzymać i podziwiać całą panoramę fiordu Geiranger. Dla mnie jeden z najpiękniejszych widoków, jakie widziałam w swoim życiu.

10333277_798726486826558_9073551708881513661_o

i283163839555320545._szw1280h1280_ (2)

Flydalsjuvet jest doskonałym punktem do fotografowania całego Geirangerfiordu dla pasjonatów górskich pejzaży. Ciężko oprzeć się magii tego niezwykłego miejsca. To tutaj przybywają turyści z całego świata i fotografowie, by umieścić w kadrze przepiękną panoramę fiordu, która znajduje się niemal we wszystkich folderach turystycznych promujących królestwo fiordów. Mi ciężko się było oprzeć dlatego po roku wróciłam na Flydalsjuvet, żeby jeszcze raz zachłysnąć się pięknem tego miejsca 😉

CIEKAWOSTKI

Trzeba się spieszyć, żeby zobaczyć cud natury jakim jest fiord Geiranger, gdyż ta piękna wioska może wkrótce przestać istnieć. Grozi jej bowiem zatopienie przez fale tsunami, którą może wywołać zapadnięcie się pobliskiej góry do fiordu. Geiranger znajduje się z tego powodu pod stałą obserwacją naukowców.

Niedawno został nakręcony pierwszy w historii skandynawski film katastroficzny oparty na faktach Bølgen, czyli w tłumaczeniu na polski „Fala” przewidujący katastrofę, która może się wydarzyć. Nikt jednak nie jest w stanie przewidzieć kiedy to nastąpi…czy za tydzień, miesiąc a nawet kilkadziesiąt lat. W całym Geiranger zainstalowane są syreny alarmowe na wypadek zbliżającej się katastrofy. Mieszkańcy będą mieli zaledwie 10 minut na ucieczkę.

W czasie mojego pobytu w Geiranger byłam świadkiem kręcenia scen do niniejszego filmu.

PRAKTYCZNE INFORMACJE

  • gdyby ktoś zdecydował się na podróż w to miejsce polecam autobus z miasteczka Ålesund, oddalonego 100 km, następnie prom z Hellesylt, znajdującego się po przeciwnej stronie fiordu. Jedna z najbardziej spektakularnych i najpiękniejszych tras, jakimi miałam okazję płynąć
  • wypożyczenie kajaka 300-400 NOK/h
  • wypożyczenie łodzi motorowej 400-650 NOK/h
  • miejsce kempingowe: namiot 100 NOK/dzień, samochód+namiot 140 NOK/dzień, kamper 160 NOK/dzień
  • domek letniskowy 590 NOK – 1,400 NOK/dzień w zależności od standardu
  • wycieczka autokarowa na Dalsnibbe ok. 395 NOK/os.
  • wycieczka statkiem wzdłuż fiordu 350 NOK/os.

PRZYDATNE LINKI

www.geirangerfiord.no

www.grande-hytteutlejge.no

www.fiordnorway.com

 

Pomysły na prezenty pod choinkę dla osób kochających podróże

Ho…ho…ho🎅Coraz bliżej Święta!🎄A co za tym idzie PREZENTY🎁Bo kto nie kocha ich dostawać i marzy o choince pełnej góry prezentów?!

dreamstime_s_22001584

Szukacie inspiracji na wyjątkowe prezenty pod choinkę dla miłośników podróży? Z tej okazji, jako pomocnik Świętego Mikołaja🎅, specjalnie dla Was przygotowałam listę 11 najbardziej odjechanych prezentów dla Waszych bliskich, którzy kochają podróże. Designerski gadżet z motywem podróżniczym na pewno sprawi im radość w tym wyjątkowym dniu i przypomni o cudownych chwilach spędzonych na krańcu świata albo kto wie, może wyrwie z fotela by wyruszyć w podróż marzeń 😉

1. GLOBUS PODŚWIETLANY

Kiedy byłam małą dziewczynką jednym z moich ulubionym zajęć było podróżowanie palcem po mapie globusa. To były moje pierwsze kroki poczynione w stronę odkrywania świata. Zabawa w Krzysztofa Kolumba i obracanie w kółko kulą ziemską odniosło skutki w dorosłym życiu i załapałam bakcyla na podróżowanie. Podświetlany globus będzie idealnym prezentem dla tych, którzy oprócz pasji do podróży, w codziennym życiu wykonują pracę biurową i chcą umilić wnętrze swojego miejsca pracy podróżniczym gadżetem. Podświetlany globus sprawdzi się idealnie również jako lampka na biurko lub stolik nocny by przed snem inspirować Was do odkrywania pięknych zakątków kuli ziemskiej. A może dzięki niemu przyśni Wam się wymarzona podróż dookoła świata?

CENA: 129.90 zł – 608.85 zł

Fot. arttravel.pl

org_22247_1393849990

Fot. forhim.pl

globus-podswietlany-azure-blue-metallic-wild-wolf

Fot. ekskluzywnebiuro.pl

103973-67846-globus_podlogowy_12_podswietlany_bestar_jasna-800w

2. SPERSONALIZOWANA MAPA Z PODRÓŻY

Światem podróżnika żądzą mapy. Ktoś z Twoich bliskich kocha podróże i szuka oryginalnego pomysłu na wystrój wnętrza? Spersonalizowana mapa podróży będzie idealnym prezentem, który można zawiesić nad łóżkiem w sypialni, salonie czy  biurze. Z pewnością ożywi każde pomieszczenie, które służy obieżyświatom jako miejsce odpoczynku w domowym zaciszu i przypomni najpiękniejsze chwile spędzone w  trakcie podróży. W dodatku to nie jest zwykła mapa. Każdy szczęśliwy podróżnik, który znajdzie się w jej posiadaniu będzie mógł zaznaczać miejsca, które odwiedził i doczepić zdjęcia, które wykonał w czasie swojej podróży. Prawdziwa gratka dla osób ceniących wspomnienia. Mapa jest oprawiona w aluminiową ramę a w zestawie znajdują się kolorowe pinezki, 20 wybranych przez siebie zdjęć oraz żelowy cienkopis do ich opisania.

CENA: 249 zł

Fot. picarta.pl

mapa-podrozy-swiata-i-europy-30-2

3. ETUI NA PASZPORT W ANANASY LUB FLAMINGI

 Dokumenty w podróży są bardzo istotną rzeczą, którą ze sobą zabieramy a różnie z nimi bywa. Często zdarzają się wypadki i je niszczymy, zalewamy kawą, zostają skradzione lub nie daj boże zgubione a potem panika i znika cała radość z wakacji. Dlatego warto zadbać aby były przewożone w bezpieczny sposób, żeby nic nie zakłóciło Waszych podróży. Etui będzie zatem idealnym prezentem dla podróżników, którzy poszukują praktycznych przedmiotów na użytek swoich wojaży. A jeżeli dodatkowo wywołają uśmiech na twarzy obdarowanej osoby na widok soczystych ananasów lub różowych flamingów, które rozbudzą fantazję o egzotycznych podróżach to już będzie strzał w dziesiątkę.

CENA: 29 zł – 39 zł

Fot. lotaro.pl

 

Fot. lotaro.pl

etui-na-paszport-ananasy-900x900

4. DOZOWNIK NAPOJÓW GLOBUS

Idealny prezent dla wojażerów, którzy wracając z podróży lubią zasiąść wygodnie na swojej ulubionej sofie w cieple domowego ogniska w towarzystwie rodziny i przyjaciół aby zdać im relację ze swoich wakacji przy kieliszeczku dobrego alkoholu. Dozownik napojów w kształcie globusa z pewnością będzie prawdziwą ucztą dla koneserów podróży i dobrego smaku a przy tym umili wszystkim gościom podróżnicze opowieści. Wiele osób przywozi z podróży lokalne trunki. Ciekawe jak będzie smakował kieliszek szkockiej whisky płynący prosto z kuli ziemskiej?

CENA: 117 zł

Fot. bestprezenty.pl

f9a40af3fd29090bd32d0458b24f44eb

5. PLAKAT SPERSONALIZOWANY ZE ZDJĘCIAMI Z PODRÓŻY

Zdjęcia z podróży i nasze wspomnienia mają największą wartość więc fajnie byłoby je wyeksponować w Waszym gniazdku. Dla każdego podróżnika będzie idealną dekoracją, która wyląduje na ścianie w mieszkaniu i przywoła wspomnienia z podróży tych małych i dużych. Twoja dziewczyna, chłopak, mąż, żona, ukochana osoba towarzyszą Ci we wszystkich podróżach i mają totalnego bzika na punkcie odkrywania świata tak samo jak Ty? Spraw jej niespodziankę! Najwyższa pora, aby Wasze wspólne doświadczenia i przygody, które zgromadziliście w trakcie wypraw zawisły w salonie i przypominały Wam o cudownych chwilach, które spędziliście pod palmami.

CENA: 59 zł

Fot. crazyshop.pl

posterbig32_dg01

6. PARASOL „VINTAGE MAP”

Czasem jedziemy na drugi koniec świata i zamiast słońca zastajemy chmury i rzęsisty deszcz. Pogoda lubi płatać figle w czasie podróży, nawet w najgorętszych zakątkach świata. Choć niekiedy taki deszczyk jest zbawienny dla ciała i przynosi nam delikatne ochłodzenie. Warto mieć ze sobą unikatową parasolkę, która rozjaśni podróżnikom nawet najbardziej zachmurzone niebo nad Waszymi głowami. A nóż widelec przyniesie  szczęście wszystkim miłośnikom podróży i po chwili zza chmur wyjdzie słońce 😉

CENA: 49 zł

Fot. lotaro.pl

parasol-vintage-map-900x900

7. POKROWIEC NA WALIZKĘ

Lubicie się pakować? Bo dla mnie to najmniej przyjemna część podróży i powoduje prawdziwy zawrót głowy, zwłaszcza jeżeli nie mogę pomieścić wszystkiego, co chcę ze sobą zabrać. W dodatku walizki często się brudzą, psują i ulegają zniszczeniu. Elastyczny pokrowiec na walizkę będzie unikalnym i praktycznym prezentem, który zabezpieczy przed przypadkowym otwarciem lub poważnym uszkodzeniem. A przykładowy motyw ze słynną Wieżą Eiffla lub rajskimi flamingami może stać się tylko podróżniczą inspiracją. Z pewnością każdy obieżyświat będzie wyróżniał się wśród innych podróżnych.

CENA: 89 zł – 119 zł

Fot. lotaro.pl

pokrowiec-na-walizke-bgberlin-paris-m-390x390

Fot. lotaro.pl

pokrowiec-na-walizke-loqi-juicy-strawberries-390x390

Fot. lotaro.pl

pokrowiec-na-walizke-suitsuit-flamingo-390x390

8. SASZETKA „NERKA” NA BIODRA

Ważnym przedmiotem ekwipunku każdego podróżnika jest bez wątpienia plecak. Jednak niekiedy potrzebujemy czegoś minimalistycznego tylko na pieniądze i dokumenty w czasie wyprawy, które będziemy mieli zawsze pod ręką. Saszetka biodrowa będzie idealnym rozwiązaniem i przeniesie każdego w fascynującą podróż w tropiki. Chyba każdy podróżnik kocha tropikalne rarytasy i owoce. A gdyby tak zostać posiadaczem zgrabnej saszetki w ananasy lub flamingi do kompletu z paszportowym etui? I od razu życie podróżnika nabiera soczystego smaku. Panowie do dzieła! Wasze kobiety podróżniczki tylko na to czekają 😊

CENA: ok. 39 zł

Fot. dawanda.pl

146ffd0d488a8205a13316727fd9

Fot. allegro.pl

product_l (1)

9. PLANNER PODRÓŻY

Nic nie sprawia większej radości, niż planowanie wymarzonej podróży. Też tak macie, że jeszcze nie wrócicie z jednej a już planujecie kolejną? A może ktoś z Waszych bliskich lub przyjaciół wkrótce wybiera się w daleką podróż i chcielibyście ułatwić mu zaplanowanie najwspanialszych wakacji życia. Wśród panujących dziś trendów królują nietuzinkowe i ręcznie robione gadżety, które przykuwają uwagę. Osobiście jestem wielką fanką przedmiotów hand-made, kolorowych kalendarzy i artystycznego rękodzieła. Jeżeli wiążą się z podróżami to już tym bardziej totalny odlot! W dobie komputerów i internetu większość listów, notatek, czy sprawozdań pisana jest komputerowo, więc zapominamy o magii papieru. Za dziesięć czy dwadzieścia lat wypełniony zapiskami planner Waszych podróży będzie miał większą wartość nić niejeden facebookowy wpis a przy tym będzie pamiątką i ponadczasową księgą wspomnień. Dodatkowo jeśli obdarowana osoba podróżuje  i prowadzi bloga posłuży jej za szybkie i spontaniczne zapiski z podróży i umili niejeden lot.

CENA: 79.99 zł

Fot: dawanda.com

product_l

10. POŚCIEL Z MOTYWEM „PODROŻE”

Śniło mi się ostatnio, że wylądowałam na bezludnej wyspie, pełnej kokosowych palm i piłam kolorowe drinki z palemką we wszystkich kolorach tęczy. Szkoda, że to był tylko sen. Ale w sypialni podróżnika wcale nie musi być nudno i też mogą zagościć tropikalne palmy. A wtedy sen stanie się lekki i przyjemny. Podobno sny i marzenia się spełniają. Kto wie, czy po nocy spędzonej w aksamitnej, satynowej pościeli nie obudzicie się na rajskiej plaży pełnej soczyście, zielonych palm a kelner będzie Wam donosił drinki z lodem jakie tylko Wam się zamarzą 😊

CENA: ok. 79 zł – 169 zł

Fot. fotokoc.eu

Pláž-s-palmou-Povlečení-600x600

 

Fot. posciel.biz.pl

e726af7419f67bd9fce7c1c6a235c836

Fot. poscielone.pl

1534

 

11. PRZEWODNIK PO WSZYSTKICH KRAJACH ŚWIATA

Który podróżnik nie chciałby, aby świat znalazł się w zasięgu jego ręki. Kompendium wiedzy o poszczególnych krajach świata będzie fantastycznym prezentem gwiazdkowym, który będzie najlepszym towarzyszem niejednej podróży i uzupełni bibliotekę podróżniczą każdego obieżyświata, który jest żądny przygód i wiedzy. Odsłoni przed Wami nieodkryte miejsca i odpowie na nurtujące pytania a kolorowe fotografie zachęcą do podróżowania i ułatwią wybór wymarzonego celu podróży. Świat stoi otworem dla wszystkich miłośników podróży tych bliskich i dalekich.

CENA: 74.90 zł

Fot. mapy.net.pl

500_500_productGfx_ee8e4cf925e672b2f33c4da66e3f82e0

 

Więcej propozycji i hitowych prezentów 🎁 podróżniczych znajdziecie na stronach dla podróżomaniaków:

www.crazyshop.pl

www.lotaro.pl

www.wgl.pl

www.mygiftdna.pl

www.arttravel.pl

 

Życzę Wszystkim czytelnikom udanych zakupów świątecznych! 🙂