Geiranger – klejnot wśród norweskich fiordów – najpiękniejsze trasy

Prawda jest taka, że do raju można trafić i za życia a rajskie widoki rozpościerają się wzdłuż jednego z najbardziej malowniczych norweskich fiordów Geiranger. Miłośnicy przyrody odnajdą tutaj prawdziwe klejnoty, które stworzyła matka natura. Strome zbocza gór, po których spływają liczne wodospady, opuszczone górskie farmy, po których hasają dzikie lamy i stada owieczek oraz białe szczyty gór pokryte śnieżnym puchem w środku chłodnego lata, tworzą niezapomniane pejzaże. Często nazywany „Królem Fiordów” został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jedno jest pewne Król może być tylko jeden. A może macie ochotę oko w oko spotkać się z wielkim, włochatym trollem, który bez wątpienia jest największą wizytówką tej bajkowej krainy. Legendy głoszą, że to złośliwe stworzenia, jednak moje spotkanie z trollem było całkiem sympatyczne 😉

10368960_784868608212346_7013510689856055738_o
Troll nie taki straszny jak go malują

WODOSPADY

Dziewiczą przyrodę Geirangerfiordu można odkrywać na kilka różnych sposobów. Pieszych wędrówek po górach, wycieczek krajoznawczych czy rowerowych, lub pływając łódką czy też kajakiem wzdłuż fiordu. Z ostatniej perspektywy najbardziej imponująco wyglądają okoliczne wodospady. A jest ich tutaj na prawdę sporo. W okolicy nie ma problemu z wypożyczeniem łódki lub kajaka więc ruszamy na spotkanie z cudami natury.

11402317_1003194193046452_8963144530268441785_o

Aż dech zapiera, kiedy podpływamy pod pierwszy z nich Frieren, co z norweskiego oznacza „Zalotnik”. Nie mogę się powstrzymać i po dobiciu do brzegu, wyskakuję z łódki, by stanąć oko w oko ze spektakularną przyrodą. Oczywiście wodospad mnie nie oszczędził a swoją spontaniczną reakcję przypłaciłam przemoczeniem do suchej nitki. Ale opłacało się, gdyż wrażenia nie do opisania. Na własnej skórze poczułam wodny pył, który muskając delikatnie, rozpryskiwał się we wszystkie strony. Przez chwile nawet zrobiło się chłodniej.

11119943_1003194926379712_2237903594060663820_o
Wodospad „Zalotnik”

11415483_1003194439713094_7370957678597282242_o

Kolejny przystanek to jedna z najsłynniejszych atrakcji turystycznych w Norwegii – wodospad De syv Søstre, czyli „Siedem Sióstr”, który zdobi widokówki ze sklepów z pamiątkami w całym Geiranger. Ten niesłychany pocztówkowy krajobraz wygląda imponująco z pozycji łódki a tworzy go siedem kaskad, spływających do fiordu z wysokości prawie 300 metrów. Historia wodospadu wiąże się z legendą o miłości, która głosi, że pewien Wiking wyruszył na poszukiwania żony. W czasie tej wędrówki napotkał na swojej drodze siedem sióstr. Nie mógł jednak zdecydować, którą z nich wybrać za żonę. Z tej rozpaczy zamienił się w wodospad, który spływa teraz potokami wraz z wszystkimi siostrami.

jhgjj
Wodospad „Siedem Sióstr”

10506887_1003194863046385_6169132273807754049_o

Nieopodal „Siedmiu Sióstr” znajduje się równie ujmujący  wodospad Brudesløret, co w tłumaczeniu z języka norweskiego znaczy „Biały Welon”. Do złudzenia przypomina welon panny młodej, gotowej do zamążpójścia 🙂

1557175_1003194756379729_7056266458423051514_o
W tle wodospad „Biały Welon”

11219544_1003194346379770_6683859276933241134_o

Wokół wodospadów słychać odgłosy natury, na półkach skalnych pasą się owce, z oddali słychać kozy ze swoim kozim „meeee” a swoje gniazda wiją ptaki. Kto z Was nie chciałby brać udziału w tak niesamowitym spektaklu, w którym grają niebywałe okoliczności przyrody? 😉

To jednak nie koniec wodospadowej przygody, ponieważ w Geiranger znajdują się jeszcze dwa, które zasługują na szczególną uwagę. Pierwszy z nich usytuowany jest w samym sercu miasteczka i nazywa się Fossevandring. Można dojść do niego pieszo, kierując się wzdłuż pola namiotowego. Trasa nie jest wymagająca więc zarówno dla młodszych jak i starszych turystów. Na szczyt wodospadu prowadzą schody, które w moim odczuciu stanowią ułatwienie dla tych najbardziej strudzonych i nie lubiących aktywności fizycznej. Wokół wodospadu możemy podziwiać bujną roślinność, z której żywa, soczysta zieleń aż bije po oczach i ten powiew świeżości…czystego, górskiego powietrza.

10915088_998623950170143_8368459924423551186_o
Wodospad „Fossevandring”

11538079_998623883503483_1865159903810289286_o

11429662_998623693503502_2804349051567094823_o

Z wodospadu powiewa lekkim chłodem, mimo, iż jest piękny, słoneczny dzień. W niektórych momentach, gdzie woda spływa niczym błyskawica, lekka mżawka delikatnie muska moją twarz.

10348655_998623313503540_2018891422108543608_o

Dla spragnionych wrażeń, największa niespodzianka czeka na samej górze. Znajduje się tutaj metalowa kładka, wysunięta ponad wodospad, na którą można wejść i podziwiać panoramę całej okolicy.

1614573_998624086836796_6121907341954686462_o
Panorama Geiranger

11406123_998624020170136_3107857326210864291_o

Schodząc w dół, za drogą, która znajduje się tuż za wodospadem obok jednego z najsłynniejszych hoteli w Geiranger „Union Hotel” natrafiłam na małą chatkę, niczym z krainy elfów. Chatka była porośnięta trawą a obok znajdowało się niewielkie źródełko. Drzwi były lekko uchylone a ja zastanawiałam się czy wejść do środka bo być może natrafię jeszcze na jakiegoś Trolla jak głoszą legendy 🙂 A co mi tam! Wchodzę – pomyślałam. Najwyżej mnie zje 😉 Stało się jednak inaczej, gdyż cała i zdrowa wróciłam do domu a wrażeń co nie miara.

11406116_998623113503560_2611535654150037838_o
puk…puk…czy w tej chatce mieszkają trolle? 😊

Jednym z piękniejszych wodospadów wartych uwagi w rejonie fiordu Geiranger jest bez wątpienia Storseterfossen. Jego wyjątkowość polega na tym, że jest to wodospad, który można obejść tuż za nim. Miałam okazję odwiedzić to magiczne miejsce dwa razy w czasie swojego pobytu w Geiranger i z pewnością zrobiłabym to po raz kolejny. Tuż nad wodospadem znajduje się zielona polana, na której można odpocząć po wyczerpującym trekkingu. W przeciwieństwie do jego poprzedników wodospadu nie zobaczymy w czasie rejsu statkiem po fiordzie a możemy dotrzeć do niego drogą lądową. Szlak prowadzi z farmy Vesterås, do której można dotrzeć pieszo lub dojechać samochodem i zajmuje około godziny. Po drodze mijamy bujną roślinność i kilka strumyków z wodą aż dochodzimy do miejsca, skąd słychać szum wodospadu. Zejście do kaskady prowadzi schodkami w dół i otoczone jest balustradą ze względów bezpieczeństwa. Szlak jest idealnym miejscem dla poszukujących kontaktu z wszechobecną naturą i z pewnością pozostawia po sobie niezapomniane wspomnienia.

10380651_793803780652162_7272988120398716667_o
Tuż nad wodospadem
10295057_793802817318925_4535484788975807710_o
Łysa polana nad wodospadem
10372945_793802627318944_8651952486693586304_o
Początek wodospadu „Storseterfossen”

10454066_793802923985581_1184590844713720827_o1498874_793804913985382_4429969586203353679_o

886021_1006394602726411_8990594738826416811_o
Wodospad „Storseterfossen”

10344168_793804097318797_2862277233685934685_o10329857_793803617318845_3325284821153555662_o

SZCZYTY GÓRSKIE

W Geiranger jest kilka szlaków, które wiodą na szczyty gór, skąd można w ciszy i spokoju podziwiać panoramę całego fiordu a przy tym doznać tak silnych emocji, że nie sposób wrócić na dół i zapomnieć o tym co przeżyło się na górze. Jedyne co Wam może zakłócić ten spokój jest śpiew wiatru, który z góry rozbrzmiewa we wszystkie strony świata. Kto kocha góry i chodzi po górach pewnie wie co mam na myśli 😉 Te przepiękne widoki za każdym razem wywołują gęsią skórkę na moim ciele, niekiedy łzy w oczach, gdy tam na górze uświadamiam sobie jaki ten świat jest piękny i dziękuję, że było mi dane go oglądać niemal z lotu ptaka.

W Geiranger odnalazłam dwa takie szlaki, wiodące na sam szczyt, które spowodowały szybsze bicie mojego serca. Dotarcie do pierwszego z nich Laushornet na wysokość 1502 m n.p.m. okazało się nie lada wyzwaniem, zwłaszcza, że w drodze doznałam małej kontuzji nogi. Ale to nic, jak to mówią do wesela się zagoi 😉Szczyt uśmiechał się do mnie każdego ranka w drodze do pracy, a ja spoglądałam na niego z dołu i od pierwszego wejrzenia wiedziałam, że nie odpuszczę i muszę stawić mu czoła. Trasa ku górze rozpoczyna się przy farmie Vesterås Gård, skąd prowadzi w kierunku wodospadu Storseterfossen, o którym pisałam powyżej. Kilkanaście metrów tuż za wodospadem ścieżka się rozdziela i rozpoczyna się szlak na szczyt, który początkowo wygląda zupełnie niepozornie, lecz po chwili zamienia się w nie lada wyzwanie i jest dosyć stromo. Od razu w głowie zaczęły kłębić się złe myśli jak ja stąd zejdę. Kiedy uporaliśmy się z najgorszym, mijamy po drodze wspaniały wodospad i jednego chłopaka, który gnał w górę z prędkością światła. Od razu widać kto tu ma kondycję niczym błyskawica 😊 No ale co ja sobie myślałam. Wiedziałam od początku na co się porywam. W końcu szlak był oznaczony czarną czwórką, a gorzej już być nie może.

11900095_1034012596631278_2975509631306333147_o11885120_1034012503297954_9106971466563585199_o

Po przejściu najgorszego etapu wspinaczki dochodzimy do zielonej polany, skąd roztaczał się cudny widok na góry i pasły się owce. Wspinamy się troszkę wyżej i naszym oczom ukazuje się najprawdziwszy śnieg.

11874998_1034011473298057_388527199641489792_o (1)11875102_1034012393297965_1693607752232600800_o11888607_1034011543298050_4886220969729381815_o

Miałam wrażenie, że jesteśmy już prawie na miejscu, kiedy doszliśmy do rumowiska, ale to tylko złudne nadzieje a szczytu jak nie było tak nie ma. Z zapartym tchem, zniecierpliwieni ruszamy dalej, mijając coraz to większe kamienie, aż dochodzimy do miejsca, skąd można podziwiać pierwsze, fascynujące widoki na fiord.

blog

11058623_1034011656631372_6091069746157376518_o

Stąd już tylko kilka kroków dzieliło nas aby osiągnąć zamierzony cel i udało się. Z zachwytu omal nie spadłam w przepaść i chociaż góra dała mi nieźle w kość, wszelkie utrudnienia zostały z miejsca wybaczone. Nie codziennie można delektować się takim widokiem.

11891429_1034012239964647_7628828898812408104_o11890431_1034011936631344_2119927509529699134_o11872169_1034011386631399_1266280183900719923_o11884657_1034012289964642_6074159789557256477_o11856506_1034010069964864_8786279250627662710_o

Po chwili spędzonej w tym miejscu było mi już wszystko jedno, jak zejdę, czy zejdę, czy może będą mnie ściągać stamtąd helikopterem😊Ostatecznie w najgorszych momentach zjechałam na tyłku ale najważniejsze, że cali i zdrowi wróciliśmy do domu. Cały trekking zajął nam około 8-9 godzin.

Oprócz dość wymagającego szlaku na Laushornet, jest jeszcze jedna obowiązkowa góra Dalsnibba, która rozpościera się 1495 m n.p.m. nad Geirangerfiordem. Będąc w Geiranger codziennie rano budziłam się mając przed oczami zdumiewający krajobraz za oknem. Wszędzie góry, a wśród nich jeden ze szczytów, który przykuł moją uwagę. W środku lipca wciąż był pokryty śniegiem. Od miasteczka dzielił go kręty odcinek 21 kilometrowej drogi. Dostać się tutaj można na dwa sposoby: samochodem lub autobusem wraz ze zorganizowaną wycieczką. Po drodze mijamy malownicze krajobrazy niczym z krainy elfów.

11722347_1016242755074929_5213187539402359317_o

11754495_1016243621741509_3031217881103197126_o

Dalsnibba to jedyny szczyt, na który nie trzeba wdrapywać się o własnych siłach a można wjechać samochodem. Pokonanie całej trasy zajmuje około 30 minut. Po drodze można podziwiać szmaragdowe jezioro Djupvatnet, często pokryte lodem. Droga na szczyt otwarta jest niestety tylko latem ze względu na zalegające masy śniegu. Na miejscu czeka taras widokowy, parking dla autobusów i samochodów oraz sklepik z pamiątkami no i oczywiście jedne z najpiękniejszych widoków pod słońcem.

10575458_817345168298023_666552761707768507_o

10535656_817353028297237_8564260118871759387_o10557005_817352638297276_3942779795635331900_o10547933_817352294963977_210477945459964433_o11154961_1016244468408091_6663662525697785242_o

GÓRSKIE FARMY

Nigdzie nie czuję się lepiej niż na łonie natury. Natura maluje obrazy, które niekiedy znaczą więcej niż tysiąc słów. Opisując Skageflå, jedną z nielicznych farm górskich położonych na zboczach fiordu Geiranger mogłabym kompletnie zamilknąć. Bo cóż znaczą słowa w obliczu pejzaży, które igrają z naszym onieśmielonym na ich widok wzrokiem. Podobno milczenie jest złotem 😉 Jednak muszę przemówić w imieniu tych pięknych krajobrazów, które spotkałam w drodze do Skageflå. Do farmy można dotrzeć na dwa sposoby: tylko pieszo lub łodzią i pieszo. Ponieważ często lubię utrudniać sobie życie i nie idę na łatwiznę wybrałam pierwszą opcję, co wiązało się z około 4 godzinnym spacerem w jedną stronę. Mało tego, zamiast wrócić stamtąd jak normalny człowiek łódką po wyczerpującym trekkingu, wróciłam o własnych nogach ledwo żywa.

Szlak rozpoczyna się niedaleko centrum miasteczka, tuż obok wodospadu Fossevandring, o którym pisałam powyżej. Stamtąd za około kilometr drogi czeka przeprawa przez las ale żeby nie było lekko i przyjemnie, niestety pod górę. Po około godzinie las się rozstępuje a ja niczym Alicja w krainie czarów trafiam do zupełnie innej bajki, w której królują kudłate domki porośnięte trawą 😉 Jako, że zasłużyłam na odpoczynek, rzucam się od razu na trawkę by móc delektować się otaczającym mnie górskim pejzażom.

10473054_817354934963713_7611983283190985568_o10380095_817355544963652_6193641181334987831_o

jhjg

Jeżeli tak ma wyglądać początek to ja od razu piszę się na dalszą część wyprawy i w nogi. Powoli zaczęły odmawiać posłuszeństwa a ja miałam wrażenie, że nie jestem jeszcze nawet w połowie drogi. W dodatku słońce nieźle przypiekało mi policzki. Idę dalej wydeptaną ścieżką aż zdaje sobie sprawę, że to chyba nie tędy droga i trzeba poszukać właściwej. Ale to nic bo dotarłam przez pomyłkę do skały, skąd roztaczał się nieziemski widok. Łapię oddech i przysiadam na krótką chwilę, która obróciła się w całą wieczność ale warkocz wodospadu, który spływał w dół po zboczach fiordu był bezcennym widokiem.

skagefla

616577_817356288296911_8208808335285545551_o

1548088_817356708296869_4541327038661652180_o

Potem było już tylko gorzej. Musiałam pokonać stromy odcinek drogi w dół, który składał się z głazów i kamieni, zanim dotarłam do farmy.

10431322_817354361630437_6212466429845434950_o

W Geiranger warto odwiedzić jeszcze jedną farmę, żeby poczuć sielskość i spokój tego miejsca Westerås. Dotarcie tutaj jest znacznie mniej skomplikowane niż Skageflå i zajmuje około godzinki, półtorej spacerem. Szlak rozpoczyna się tuż obok słynnego hotelu Union. Oczywiście dla wygodnych, do farmy można dotrzeć okrężną drogą samochodem. Ja jednak polecam na piechotkę, gdyż szlak nie jest skomplikowany i trudny. Na pewno nie pożałujecie a w drodze spotkacie liczne zwierzęta, które z dumą będą pozowały do zdjęć 😉 Jeżeli kochacie lamy i owieczki to znajdziecie ich mnóstwo na farmie. Jak to w stadzie bywa, znalazła się też i jedna czarna owca 🙂

11054391_1006394396059765_5343016610554117232_o11700893_1006394502726421_9192555585764172456_o

1398946_833407403358466_6415117365878344700_o1523731_833409163358290_7802270140164534580_o10498671_833407620025111_5151531850909637710_o10515271_833409366691603_2901335427611010000_o10548226_833408820024991_88856472511310962_o11159884_1006394542726417_3298736021006614633_o

Oprócz zwierząt na szlaku czekają niebiańskie widoki, którym nie oprze się żaden turysta kochający górskie pejzaże. Wystarczy tylko przysiąść na trawce, rozłożyć kocyk, głęboko odetchnąć czystym powietrzem i podziwiać panoramę.

10623938_833408053358401_2245331740227864313_o1398991_833409780024895_6302950168286648489_o

10644535_833409500024923_7794533363860576635_o

10575447_833406056691934_8755060461695601599_o

Na farmie znajduję się również bardzo przyjemna restauracja z tarasem widokowym, którą warto odwiedzić wybierając się w to miejsce.

PUNKTY WIDOKOWE

Kto nie marzył choć raz o drewnianym domku w górach z widokiem, który zwalałby z nóg? Przenieśmy się zatem choć na chwilę na dach świata, do jednego z najpiękniejszych punktów widokowych, gdzie poczujemy powiew górskiej świeżości i smak prawdziwego lata, gdyż tego dnia słonko prażyło mocno. Ørnevegen, bo o nim mowa, czyli z norweskiego tłumaczenia „Gniazdo Orłów” to nie lada atrakcja w okolicy. Wystarczy pokonać pieszo 11 serpentyn, krętej drogi w górę by znaleźć się na miejscu, gdzie czeka niezapomniany widok. Nie będę Wam wpierać oczywiście, że to jedyny sposób, aby dostać się na górę, bo można pojechać samochodem lub autobusem wraz ze zorganizowana wycieczką 🙂Ale po co wydawać pieniądze i bezcelowo szukać miejsca parkingowego, kiedy spacer pośród fiordów to czysta przyjemność dla duszy, ciała i oka 😉 Na pewno nie pożałujecie wybierając się tam pieszo. Wystarczą dobre buty i maszerujemy. Droga rozpoczyna się tuż nad hotelem Grande Fjord, skąd całą trasę można pokonać w godzinkę, w zależności od kondycji. Lekko zdyszana, w połowie drogi mijam przepiękny wodospad. Ależ tu jest pięknie!

geiranger

10428312_814296491936224_1175404726516269093_o

10365504_792524297446777_6179125895645143466_o

Na górze czeka już tylko wspaniały punkt widokowy, wciśnięty pomiędzy ziemią a niebem. Punkt, gdzie możecie się zatrzymać, złapać oddech i zachwycić pięknem otaczającej przyrody. Oby ta chwila trwała wiecznie. Będę tęsknić niewyobrażalnie ❤

10273118_792526527446554_2023216259608603356_o
Punkt widokowy „Ornevegen”

10383872_792526264113247_5131629197867298038_o

Pocztówki w całym Geiranger przedstawiają jeszcze jeden charakterystyczny punkt widokowy, jednak bardziej ekstremalny i tylko dla widzów o mocnych nerwach. Za chwilę przekonacie się czy warto ryzykować i sprawdzić poziom swojej adrenaliny 😉 Ja zaryzykowałam chociaż cierpię na paniczny lęk wysokości. Mowa o Flydalsjuvet, niezwykłej półce skalnej, która góruje nad przepaścią. Mam gęsią skórkę na samą myśl, kiedy sobie przypomnę to miejsce i potworne drżenie nóg, zbliżając się do krawędzi. Ależ ciśnienie skoczyło w górę!

jkhgjhg (2)

Idąc znacznie wyżej w górę, podążając za drogą znajduje się całkiem spora zatoczka dla samochodów i autokarów z miejscem widokowym, gdzie można się zatrzymać i podziwiać całą panoramę fiordu Geiranger. Dla mnie jeden z najpiękniejszych widoków, jakie widziałam w swoim życiu.

10333277_798726486826558_9073551708881513661_o

i283163839555320545._szw1280h1280_ (2)

Flydalsjuvet jest doskonałym punktem do fotografowania całego Geirangerfiordu dla pasjonatów górskich pejzaży. Ciężko oprzeć się magii tego niezwykłego miejsca. To tutaj przybywają turyści z całego świata i fotografowie, by umieścić w kadrze przepiękną panoramę fiordu, która znajduje się niemal we wszystkich folderach turystycznych promujących królestwo fiordów. Mi ciężko się było oprzeć dlatego po roku wróciłam na Flydalsjuvet, żeby jeszcze raz zachłysnąć się pięknem tego miejsca 😉

CIEKAWOSTKI

Trzeba się spieszyć, żeby zobaczyć cud natury jakim jest fiord Geiranger, gdyż ta piękna wioska może wkrótce przestać istnieć. Grozi jej bowiem zatopienie przez fale tsunami, którą może wywołać zapadnięcie się pobliskiej góry do fiordu. Geiranger znajduje się z tego powodu pod stałą obserwacją naukowców.

Niedawno został nakręcony pierwszy w historii skandynawski film katastroficzny oparty na faktach Bølgen, czyli w tłumaczeniu na polski „Fala” przewidujący katastrofę, która może się wydarzyć. Nikt jednak nie jest w stanie przewidzieć kiedy to nastąpi…czy za tydzień, miesiąc a nawet kilkadziesiąt lat. W całym Geiranger zainstalowane są syreny alarmowe na wypadek zbliżającej się katastrofy. Mieszkańcy będą mieli zaledwie 10 minut na ucieczkę.

W czasie mojego pobytu w Geiranger byłam świadkiem kręcenia scen do niniejszego filmu.

PRAKTYCZNE INFORMACJE

  • gdyby ktoś zdecydował się na podróż w to miejsce polecam autobus z miasteczka Ålesund, oddalonego 100 km, następnie prom z Hellesylt, znajdującego się po przeciwnej stronie fiordu. Jedna z najbardziej spektakularnych i najpiękniejszych tras, jakimi miałam okazję płynąć
  • wypożyczenie kajaka 300-400 NOK/h
  • wypożyczenie łodzi motorowej 400-650 NOK/h
  • miejsce kempingowe: namiot 100 NOK/dzień, samochód+namiot 140 NOK/dzień, kamper 160 NOK/dzień
  • domek letniskowy 590 NOK – 1,400 NOK/dzień w zależności od standardu
  • wycieczka autokarowa na Dalsnibbe ok. 395 NOK/os.
  • wycieczka statkiem wzdłuż fiordu 350 NOK/os.

PRZYDATNE LINKI

www.geirangerfiord.no

www.grande-hytteutlejge.no

www.fiordnorway.com

 

Pomysły na prezenty pod choinkę dla osób kochających podróże

Ho…ho…ho🎅Coraz bliżej Święta!🎄A co za tym idzie PREZENTY🎁Bo kto nie kocha ich dostawać i marzy o choince pełnej góry prezentów?!

dreamstime_s_22001584

Szukacie inspiracji na wyjątkowe prezenty pod choinkę dla miłośników podróży? Z tej okazji, jako pomocnik Świętego Mikołaja🎅, specjalnie dla Was przygotowałam listę 11 najbardziej odjechanych prezentów dla Waszych bliskich, którzy kochają podróże. Designerski gadżet z motywem podróżniczym na pewno sprawi im radość w tym wyjątkowym dniu i przypomni o cudownych chwilach spędzonych na krańcu świata albo kto wie, może wyrwie z fotela by wyruszyć w podróż marzeń 😉

1. GLOBUS PODŚWIETLANY

Kiedy byłam małą dziewczynką jednym z moich ulubionym zajęć było podróżowanie palcem po mapie globusa. To były moje pierwsze kroki poczynione w stronę odkrywania świata. Zabawa w Krzysztofa Kolumba i obracanie w kółko kulą ziemską odniosło skutki w dorosłym życiu i załapałam bakcyla na podróżowanie. Podświetlany globus będzie idealnym prezentem dla tych, którzy oprócz pasji do podróży, w codziennym życiu wykonują pracę biurową i chcą umilić wnętrze swojego miejsca pracy podróżniczym gadżetem. Podświetlany globus sprawdzi się idealnie również jako lampka na biurko lub stolik nocny by przed snem inspirować Was do odkrywania pięknych zakątków kuli ziemskiej. A może dzięki niemu przyśni Wam się wymarzona podróż dookoła świata?

CENA: 129.90 zł – 608.85 zł

Fot. arttravel.pl

org_22247_1393849990

Fot. forhim.pl

globus-podswietlany-azure-blue-metallic-wild-wolf

Fot. ekskluzywnebiuro.pl

103973-67846-globus_podlogowy_12_podswietlany_bestar_jasna-800w

2. SPERSONALIZOWANA MAPA Z PODRÓŻY

Światem podróżnika żądzą mapy. Ktoś z Twoich bliskich kocha podróże i szuka oryginalnego pomysłu na wystrój wnętrza? Spersonalizowana mapa podróży będzie idealnym prezentem, który można zawiesić nad łóżkiem w sypialni, salonie czy  biurze. Z pewnością ożywi każde pomieszczenie, które służy obieżyświatom jako miejsce odpoczynku w domowym zaciszu i przypomni najpiękniejsze chwile spędzone w  trakcie podróży. W dodatku to nie jest zwykła mapa. Każdy szczęśliwy podróżnik, który znajdzie się w jej posiadaniu będzie mógł zaznaczać miejsca, które odwiedził i doczepić zdjęcia, które wykonał w czasie swojej podróży. Prawdziwa gratka dla osób ceniących wspomnienia. Mapa jest oprawiona w aluminiową ramę a w zestawie znajdują się kolorowe pinezki, 20 wybranych przez siebie zdjęć oraz żelowy cienkopis do ich opisania.

CENA: 249 zł

Fot. picarta.pl

mapa-podrozy-swiata-i-europy-30-2

3. ETUI NA PASZPORT W ANANASY LUB FLAMINGI

 Dokumenty w podróży są bardzo istotną rzeczą, którą ze sobą zabieramy a różnie z nimi bywa. Często zdarzają się wypadki i je niszczymy, zalewamy kawą, zostają skradzione lub nie daj boże zgubione a potem panika i znika cała radość z wakacji. Dlatego warto zadbać aby były przewożone w bezpieczny sposób, żeby nic nie zakłóciło Waszych podróży. Etui będzie zatem idealnym prezentem dla podróżników, którzy poszukują praktycznych przedmiotów na użytek swoich wojaży. A jeżeli dodatkowo wywołają uśmiech na twarzy obdarowanej osoby na widok soczystych ananasów lub różowych flamingów, które rozbudzą fantazję o egzotycznych podróżach to już będzie strzał w dziesiątkę.

CENA: 29 zł – 39 zł

Fot. lotaro.pl

 

Fot. lotaro.pl

etui-na-paszport-ananasy-900x900

4. DOZOWNIK NAPOJÓW GLOBUS

Idealny prezent dla wojażerów, którzy wracając z podróży lubią zasiąść wygodnie na swojej ulubionej sofie w cieple domowego ogniska w towarzystwie rodziny i przyjaciół aby zdać im relację ze swoich wakacji przy kieliszeczku dobrego alkoholu. Dozownik napojów w kształcie globusa z pewnością będzie prawdziwą ucztą dla koneserów podróży i dobrego smaku a przy tym umili wszystkim gościom podróżnicze opowieści. Wiele osób przywozi z podróży lokalne trunki. Ciekawe jak będzie smakował kieliszek szkockiej whisky płynący prosto z kuli ziemskiej?

CENA: 117 zł

Fot. bestprezenty.pl

f9a40af3fd29090bd32d0458b24f44eb

5. PLAKAT SPERSONALIZOWANY ZE ZDJĘCIAMI Z PODRÓŻY

Zdjęcia z podróży i nasze wspomnienia mają największą wartość więc fajnie byłoby je wyeksponować w Waszym gniazdku. Dla każdego podróżnika będzie idealną dekoracją, która wyląduje na ścianie w mieszkaniu i przywoła wspomnienia z podróży tych małych i dużych. Twoja dziewczyna, chłopak, mąż, żona, ukochana osoba towarzyszą Ci we wszystkich podróżach i mają totalnego bzika na punkcie odkrywania świata tak samo jak Ty? Spraw jej niespodziankę! Najwyższa pora, aby Wasze wspólne doświadczenia i przygody, które zgromadziliście w trakcie wypraw zawisły w salonie i przypominały Wam o cudownych chwilach, które spędziliście pod palmami.

CENA: 59 zł

Fot. crazyshop.pl

posterbig32_dg01

6. PARASOL „VINTAGE MAP”

Czasem jedziemy na drugi koniec świata i zamiast słońca zastajemy chmury i rzęsisty deszcz. Pogoda lubi płatać figle w czasie podróży, nawet w najgorętszych zakątkach świata. Choć niekiedy taki deszczyk jest zbawienny dla ciała i przynosi nam delikatne ochłodzenie. Warto mieć ze sobą unikatową parasolkę, która rozjaśni podróżnikom nawet najbardziej zachmurzone niebo nad Waszymi głowami. A nóż widelec przyniesie  szczęście wszystkim miłośnikom podróży i po chwili zza chmur wyjdzie słońce 😉

CENA: 49 zł

Fot. lotaro.pl

parasol-vintage-map-900x900

7. POKROWIEC NA WALIZKĘ

Lubicie się pakować? Bo dla mnie to najmniej przyjemna część podróży i powoduje prawdziwy zawrót głowy, zwłaszcza jeżeli nie mogę pomieścić wszystkiego, co chcę ze sobą zabrać. W dodatku walizki często się brudzą, psują i ulegają zniszczeniu. Elastyczny pokrowiec na walizkę będzie unikalnym i praktycznym prezentem, który zabezpieczy przed przypadkowym otwarciem lub poważnym uszkodzeniem. A przykładowy motyw ze słynną Wieżą Eiffla lub rajskimi flamingami może stać się tylko podróżniczą inspiracją. Z pewnością każdy obieżyświat będzie wyróżniał się wśród innych podróżnych.

CENA: 89 zł – 119 zł

Fot. lotaro.pl

pokrowiec-na-walizke-bgberlin-paris-m-390x390

Fot. lotaro.pl

pokrowiec-na-walizke-loqi-juicy-strawberries-390x390

Fot. lotaro.pl

pokrowiec-na-walizke-suitsuit-flamingo-390x390

8. SASZETKA „NERKA” NA BIODRA

Ważnym przedmiotem ekwipunku każdego podróżnika jest bez wątpienia plecak. Jednak niekiedy potrzebujemy czegoś minimalistycznego tylko na pieniądze i dokumenty w czasie wyprawy, które będziemy mieli zawsze pod ręką. Saszetka biodrowa będzie idealnym rozwiązaniem i przeniesie każdego w fascynującą podróż w tropiki. Chyba każdy podróżnik kocha tropikalne rarytasy i owoce. A gdyby tak zostać posiadaczem zgrabnej saszetki w ananasy lub flamingi do kompletu z paszportowym etui? I od razu życie podróżnika nabiera soczystego smaku. Panowie do dzieła! Wasze kobiety podróżniczki tylko na to czekają 😊

CENA: ok. 39 zł

Fot. dawanda.pl

146ffd0d488a8205a13316727fd9

Fot. allegro.pl

product_l (1)

9. PLANNER PODRÓŻY

Nic nie sprawia większej radości, niż planowanie wymarzonej podróży. Też tak macie, że jeszcze nie wrócicie z jednej a już planujecie kolejną? A może ktoś z Waszych bliskich lub przyjaciół wkrótce wybiera się w daleką podróż i chcielibyście ułatwić mu zaplanowanie najwspanialszych wakacji życia. Wśród panujących dziś trendów królują nietuzinkowe i ręcznie robione gadżety, które przykuwają uwagę. Osobiście jestem wielką fanką przedmiotów hand-made, kolorowych kalendarzy i artystycznego rękodzieła. Jeżeli wiążą się z podróżami to już tym bardziej totalny odlot! W dobie komputerów i internetu większość listów, notatek, czy sprawozdań pisana jest komputerowo, więc zapominamy o magii papieru. Za dziesięć czy dwadzieścia lat wypełniony zapiskami planner Waszych podróży będzie miał większą wartość nić niejeden facebookowy wpis a przy tym będzie pamiątką i ponadczasową księgą wspomnień. Dodatkowo jeśli obdarowana osoba podróżuje  i prowadzi bloga posłuży jej za szybkie i spontaniczne zapiski z podróży i umili niejeden lot.

CENA: 79.99 zł

Fot: dawanda.com

product_l

10. POŚCIEL Z MOTYWEM „PODROŻE”

Śniło mi się ostatnio, że wylądowałam na bezludnej wyspie, pełnej kokosowych palm i piłam kolorowe drinki z palemką we wszystkich kolorach tęczy. Szkoda, że to był tylko sen. Ale w sypialni podróżnika wcale nie musi być nudno i też mogą zagościć tropikalne palmy. A wtedy sen stanie się lekki i przyjemny. Podobno sny i marzenia się spełniają. Kto wie, czy po nocy spędzonej w aksamitnej, satynowej pościeli nie obudzicie się na rajskiej plaży pełnej soczyście, zielonych palm a kelner będzie Wam donosił drinki z lodem jakie tylko Wam się zamarzą 😊

CENA: ok. 79 zł – 169 zł

Fot. fotokoc.eu

Pláž-s-palmou-Povlečení-600x600

 

Fot. posciel.biz.pl

e726af7419f67bd9fce7c1c6a235c836

Fot. poscielone.pl

1534

 

11. PRZEWODNIK PO WSZYSTKICH KRAJACH ŚWIATA

Który podróżnik nie chciałby, aby świat znalazł się w zasięgu jego ręki. Kompendium wiedzy o poszczególnych krajach świata będzie fantastycznym prezentem gwiazdkowym, który będzie najlepszym towarzyszem niejednej podróży i uzupełni bibliotekę podróżniczą każdego obieżyświata, który jest żądny przygód i wiedzy. Odsłoni przed Wami nieodkryte miejsca i odpowie na nurtujące pytania a kolorowe fotografie zachęcą do podróżowania i ułatwią wybór wymarzonego celu podróży. Świat stoi otworem dla wszystkich miłośników podróży tych bliskich i dalekich.

CENA: 74.90 zł

Fot. mapy.net.pl

500_500_productGfx_ee8e4cf925e672b2f33c4da66e3f82e0

 

Więcej propozycji i hitowych prezentów 🎁 podróżniczych znajdziecie na stronach dla podróżomaniaków:

www.crazyshop.pl

www.lotaro.pl

www.wgl.pl

www.mygiftdna.pl

www.arttravel.pl

 

Życzę Wszystkim czytelnikom udanych zakupów świątecznych! 🙂

Lofoty – tam, gdzie słońce świeci o północy

 Ponad 2000 kilometrów przemierzonych aż za koło podbiegunowe… 1668 samolotem… 500 na stopa… 40 rowerem… 700 pociągiem, żeby zobaczyć jeden z najpiękniejszych archipelagów wysp zwanych Lofotami. Mega przygoda, zapierające dech w piersiach krajobrazy a pogoda wprost wymarzona. Piękno tego miejsca zniewala. Nie bez powodu nazywane są „rajskimi wyspami północy”, o czym przekonałam się zeszłego lata podczas kilkudniowej wyprawy.

Lofoty to bajka, z której nie miałam najmniejszej ochoty już wracać. Archipelag maleńkich wysepek porozrzucanych po morzu, z których niczym drapacze chmur wyrastają strzeliste góry. Otoczone dzikimi plażami z białym piaskiem i turkusowym kolorem wody tworzą nieziemski krajobraz. Śmiem twierdzić, że to najpiękniejszy zakątek Norwegii, być może najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Nie mnie oceniać. Niemniej jednak zauroczyło mnie do tego stopnia, że mam zamiar tam jeszcze wrócić. To miejsce, którym nie można się nasycić w żaden sposób a te pięć cudownych dni, które mi podarowano, by móc spełnić  jedno z największych marzeń mojego życia okazało się stanowczo za krótkie. Zapraszam Was w podróż do miejsca, które zapamiętacie do końca życia.

mapka lofoty 2
Trasa autostopem przez Lofoty

Norwegia… Ile niespodzianek kryje w sobie ten niezwykły kraj? Ile razy mnie jeszcze zaskoczy? Gdzie zaprowadzi? Nie jestem w stanie tego przewidzieć. Nie byłam w stanie również sobie wyobrazić, że owego sierpniowego dnia przylecę aż za koło podbiegunowe. „Dziecko, gdzie Ty się znowu wleczesz? Jeszcze wpadniesz w jakąś dziurę albo spadniesz w przepaść” – usłyszałam od mamy. No i wpadłam ale w zachwyt nad miejscem, do którego trafiłam.

lofoty
Wioska rybacka Reine

Ruszamy z Bergen wczesnym rankiem. Po niespełna 2 godzinach lotu do Narvik lądujemy. Teraz możecie sobie wyobrazić jak wielka, długa i rozległa jest Norwegia, jeżeli na północ leci się tyle samo co do Polski. Pewnie znacie to miejsce z historii II Wojny Światowej tzw. „bitwie o Narvik”. W każdym bądź razie był to początek naszej wyprawy. Stąd mieliśmy ruszyć w bajeczne miejsce, które do tej pory mogłam podziwiać jedynie na zdjęciach z internetu. Przywitał nas deszcz i pochmurne niebo. Prosto z lotniska udajemy się do głównej drogi skąd ku naszemu zaskoczeniu bardzo szybko udaje nam się złapać pierwszego stopa. Trafiliśmy na bardzo sympatyczną parę Włochów, którzy tak jak my postanowili ruszyć na przeciw nieziemskim Lofotom. I takim oto sposobem trafiłam do górskiego raju. Jeżeli mam Wam coś doradzić, nie bójcie się podróżować w ten sposób. Akurat tutaj jest to bardzo popularna forma poruszania się po wyspach i nie mieliśmy z tym żadnego problemu aż do końca naszej wyprawy. Poznaliśmy dzięki temu mnóstwo sympatycznych i pozytywnych ludzi z różnych stron Świata – Włoch, Hiszpanii, Niemiec a nawet Tajwanu 😉Dzięki temu sporo zaoszczędziliśmy, bo udało nam się objechać na stopa cały archipelag, przemierzając w ten sposób ponad 500 km. No i nie byliśmy ograniczeni środkami transportu, które jeżdżą tutaj na prawdę bardzo rzadko. Przygoda gwarantowana a pieniądze zostają w kieszeni.

Gdzie się zatrzymać?

Nie będę ukrywać, że znalezienie noclegów w przystępnej cenie w jednym z najdroższych krajów świata nie należy do najprostszych. No chyba, że ktoś lubi spać na dziko pod chmurką w namiocie, co jest tutaj dość popularne 🙂 Nam jednak udało się znaleźć noclegi w przyzwoitej cenie jak na szarego podróżnika przystało a wszystko za pomocą portalu booking.com.

Pierwszą noc zatrzymaliśmy się w bardzo przyzwoitym hostelu Vandrerhjem Lofotferie w malowniczej miejscowości Kabelvåg, położonego tuż nad fjordem. Do dyspozycji gości była wspólna kuchnia połączona z jadalnią i dwie łazienki oraz taras. To tutaj spędziliśmy wspaniały wieczór i poranek, rozkoszując się pięknym widokiem i pijąc gorącą herbatę wpatrzeni w bezkresne morze i majestatyczne góry. Słyszałam jedynie ciszę i bicie własnego serca. Więcej informacji na temat schroniska, ceny i zdjęcia znajdziecie tutaj lub na bookingu a ja mam dla Was cudowny widoczek z tego miejsca🙂

Kabelvag2
Kabelvåg

Pozostałe dni spędziliśmy na campingu Lofoten Camping Storfjord w Stamsund, niedaleko Leknes, które było naszą bazą wypadową i oknem na Lofoty. Naszym schronieniem stały się małe, drewniane chatki położone tuż nad jeziorem.  To małe zacisze a właściwie kompletne pustkowie było idealnym miejscem dla osób szukających ciszy i spokoju pośrodku wszechogarniającej przyrody. Mieliśmy to szczęście, że pracowała tutaj bardzo sympatyczna polka. Camping udostępnia również miejsce do grillowania a także wypożycza rowery, łódki oraz kajaki za które nie trzeba dodatkowo płacić. Nie posiadam niestety żadnych zdjęć z kempingu ale wszelkie istotne informacje znajdziecie tutaj. Za to mam fotkę okolicy, w której się zatrzymaliśmy 🙂 Prawda, że pięknie?

w drodze
Leknes

Svolvær

Czym bliżej serca Lofotów tym pogoda była lepsza i z zza chmur zaczęło wychodzić słońce. Po kilku godzinnym autostopowaniu, niezwykle malowniczą trasą E10, która jest główną drogą, docieramy do stolicy archipelagu, niewielkiego miasteczka Svolvær. To mała osada licząca lekko ponad 4,000 tyś. mieszkańców. Jest głównym portem Lofotów, łączącym wyspy z lądową częścią Norwegii. To tutaj, każdego lata przypływa tysiące turystów z różnych zakątków świata, których przyciąga dzikość natury i nieziemski krajobraz wysp. I pomyśleć, że do niedawna mieszkałam w Norwegii, zupełnie nieświadoma, że tak piękne góry istnieją dosłownie na wyciągnięcie ręki. Na fotografie Lofotów trafiłam zupełnym przypadkiem, podczas bezcelowego serfowania po internecie i pewnego pięknego ranka obudziłam się z myślą, że jadę 😉

W Svolvær nie zatrzymaliśmy się na długo. Krótki spacer po okolicy, kawka, coś na ząb w przybrzeżnej marinie i trzeba było łapać kolejnego stopa, by jeszcze tego samego dnia dotrzeć do naszej bazy noclegowej w Kabelvåg. Niestety przez przypadek straciłam niektóre zdjęcia z Lofotów, między innymi z początku wyprawy, więc nie pokażę Wam stolicy w moim obiektywie. Wypadki przy pracy i w podróży się zdarzają więc musicie mi wybaczyć 😋 Pocieszę Was jednak, bo zrobiłam mnóstwo pięknych zdjęć z dalszej wyprawy, a czym bardziej jechaliśmy w głąb wysepek tym było jeszcze piękniej i ciekawiej.

Kabelvåg

Łatwo przyszło, łatwo poszło i nawet się nie obejrzeliśmy jak w ciągu kilku minut złapaliśmy kolejnego stopa. I takim oto sposobem dotarliśmy do kolejnego punktu naszej wyprawy. Nie spodziewałam się, że podróżowanie na stopa sprawi nam tyle frajdy i radości. A po drodze można było słuchać opowieści naszych towarzyszy podróży 😉

Kabelvåg to niewielkie miasteczko, położone w malowniczej okolicy. To tutaj zarezerwowaliśmy nasz pobyt na pierwszą noc, o czym wspomniałam już wcześniej. Pewnie niejeden z Was by stwierdził, że to dziura zabita dechami. Przeciwnie było tak cicho i spokojnie, że już dawno nie słyszałam bicia swojego serca i własnych myśli.

Kabelvag

Okolica jest niezwykle malownicza. To tutaj zrobiliśmy krótki trekking po okolicznych pagórkach, skąd roztaczały się piękne widoki. Jednak podróż i nieprzespana noc w przeddzień wyjazdu nas tak wykończyły, że szybko wylądowaliśmy w łóżkach, zwłaszcza, że następny dzień zapowiadał się ekscytująco i czekała nas wspinaczka na jeden z najbardziej spektakularnych szczytów 😉 Trzeba było zebrać siły na kolejny dzień na rajskich Lofotach.

Henningsvær

Jest takie magiczne miejsce na Lofotach, usłane tysiącem malutkich wysepek, połączonych mostem, które z lotu ptaka przypomina włoską Wenecję, połączoną tysiącem kanałów. Do niej często porównywalne. To wioska rybacka Henningsvær, którą zamieszkuje zaledwie 500 osób. Z ciekawostek dodam, że znajduje się tutaj najbardziej malowniczo położone, jedyne w swoim rodzaju boisko piłkarskie. Miejsce zachwyciło mnie już przy samym wjeździe. To tutaj poczułam tak naprawdę klimat Lofotów, gdzie urokliwe nabrzeże pełne było knajpek, z których w powietrzu unosił się zapach świeżych ryb. To tutaj piłam najlepsze cappuccino w swoim życiu a co najpiękniejsze turystów była garstka, że można było ich policzyć na palcach jednej ręki. No może obu rąk 😉W dodatku krystalicznie czysta, błękitna woda zachęcała, żeby do niej wskoczyć. Niestety lodowata nawet w środku lata. Nie będę Was już trzymać w niepewności, tylko uchylę rąbka tego pięknego kawałka świata.

heni5

Henningsvaerji

Ale to dopiero początek bo za chwilę zobaczycie to niezwykłe miejsce z góry, na którą udało mi się wspiąć. Póki co spotkaliśmy się tutaj ze znajomymi, którzy mieli nam towarzyszyć w czasie trekkingu na szczyt Festvågtind. Ruszamy zatem na przeciw bajecznym krajobrazom. Ta niezwykła góra miała zaledwie 541 m n.p.m., jednak pokonanie tak krótkiego odcinka drogi było nie lada wyzwaniem i okazało się trudniejsze niż myślałam. Wejście na szczyt zajmuje około 2-3 godzin, w zależności od kondycji. Patrząc z dołu, wygląda dość stromo, jednak droga na szczyt owijała się wokół całej góry. Wystartowaliśmy z zapartym tchem, podziwiając po drodze piękne widoki, które zaczęły ukazywać się naszym oczom.

Heningna szczycie3

na szczycie2

Czym wyżej się wspinaliśmy, tym było bardziej stromo. Trzeba było uważać na nogi i skupić się nad każdym kolejnym krokiem. Wystarczyło jedno potknięcie i chwila nieuwagi, żeby spaść. Ale czego się nie robi dla tak pięknych widoków 😉 Z każdym kolejnym odcinkiem brakowało mi sił i tchu ale świadomość, że jesteśmy już tak blisko i ciekawość co znajduje się po drugiej stronie dodawała mi otuchy. Docieramy do grani, skąd dostrzegamy morze po drugiej stronie. Omal nie rozpłynęłam się z zachwytu. Nie myślałam, że spotka mnie coś piękniejszego, niż widok po tamtej stronie. Warto było wylać siódme poty, żeby tu dotrzeć.

heningsvaer4

heningsvaer7na szczycie

Byliśmy już prawie na szczycie. Prawie, bo stąd dzieliło nas już tylko kilka kroków w lewo, żeby stanąć na szczycie i z zapartym tchem przyglądać się bajkowym pejzażom. Tak jak Wam obiecałam Henningsvær w jednym z najpiękniejszych obrazów, jakie dostrzegły moje oczy.

buciki
Widok ze szczytu Festvågtind

Ehh…z takim widokiem, na dachu świata, mogłabym już tu zostać na zawsze. Dla takich chwil warto żyć, warto marzyć i warto podróżować. Czas jednak nas gonił a powoli zachodzące słońce było oznaką, że musimy już wracać, wbrew sercu, duszy, wbrew wszystkiemu. Dzień jednak jeszcze się nie kończył a czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka. W drodze powrotnej znaleźliśmy miejscówkę na niewielkiej plaży, na której rozpaliliśmy grilla. Cudowne okoliczności przyrody sprawiły, że nikt nie chciał wracać, tylko jak najdłużej cieszyć się podarowaną nam chwilą. Udało mi się nawet wyskrobać coś na piasku tuż przy plaży 😊

lofoty2

Jeszcze tego samego dnia, pełni wrażeń i towarzyszących nam emocji, dotarliśmy stopem do Leknes, gdzie zatrzymaliśmy się już do końca naszej wyprawy.

Haukland Beach

Kiedyś myślałam, że rajskie plaże mogę znaleźć jedynie gdzieś na końcu świata. Kojarzyły mi się głównie z palmami, białym piaskiem i turkusowym morzem. Nigdy jednak nie przyszło by mi do głowy, że takie plaże znajdę w Norwegii, za kołem podbiegunowym.

Kolejny dzień okazał się wielką przygodą. Przywitało nas słońce. Postanowiłam zatem skorzystać z pięknego dnia i sprawdzić swoją kondycję. Urządziłam sobie przejażdżkę rowerową na plażę oddaloną jakieś 20 kilometrów od naszego kempingu. Czekałam na ten dzień z niecierpliwością. Podekscytowana ruszyłam rowerem na przeciw górkom i pagórkom, które nie raz dały się we znaki 🙂. Ale co tam! Byle do przodu. Początkowo trasa wiodła przez las i trzeba było zmierzyć się z niezłą górą. Ale z każdym pedałem było lepiej a walory przyrodnicze i niezwykle malownicze krajobrazy pozwalały zapomnieć o nasilającej się zadyszce 😉 Wszystko przebiegało dobrze do momentu, kiedy w połowie drogi zepsuł mi się rower…ups!. Stanęłam na środku chodnika, załamana. Nie dość, że do domu było daleko , najgorsze w tym wszystkim okazało się, że nie dotrę na plażę i nie spełnię swojego największego marzenia w czasie tej podróży. Zrezygnowana stanęłam jak wryta nad swoim nieszczęsnym towarzyszem podróży. Masz ci los! Zaczęłam grzebać przy rowerze ale było jeszcze gorzej. Cała brudna ze smaru zwątpiłam, że uda mi się go naprawić. Marna ze mnie złota rączka. I w tym momencie przyszedł z pomocą przypadkowy przechodzień, oczywiście mężczyzna i kobieta spacerująca z dwójką dzieci. Naprawił usterkę a ja byłam taka szczęśliwa, że nie wiedziałam jak mu mam dziękować. Kobieta zaprosiła mnie do swojego domu, który znajdował się w pobliżu, żebym mogła się umyć. Miałam szczęście. Norwegowie mieszkający na północy kraju okazali się serdeczni i niezwykle pomocni a mi udało się dotrzeć do mojej wymarzonej plaży. Na końcu tej drogi, pełnej pięknych jezior, napotkanych owiec, bajkowych gór i złocistych pól odnalazłam niezwykłą plażę Haukland Beach.

haukland beach 2
Haukland Beach

Była wyjątkowa, czysta z białym piaskiem i  lazurową wodą. Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać czy jestem na Lofotach czy może na rajskim Zanzibarze 😉 Szybko jednak wróciłam na ziemię, kiedy okazało się, że woda jest lodowata i w jednej chwili mnie otrzeźwiło.

haukland beach

Jak tu pięknie. Widok był zdumiewający a ja zmęczona pedałowaniem mojego nieszczęsnego rowerka marzyłam już tylko o tym, żeby legnąć na piasku, który do złudzenia przypominał mąkę. Tak też zrobiłam 😊

Untitled
Prawie jak na Zanzibarze tylko woda lodowata 😉

haukland plaza

Udało mi się odpocząć i znaleźć niebanalną knajpkę, niedaleko plaży, żeby coś zjeść jeszcze przed powrotem. Czekało mnie kolejnych 20 km do pokonania.

kawiarnia

Dla zainteresowanych wspomnę jeszcze, że z plaży można się wybrać na trekking na górę Mannen, gdzie dostaniecie się w półtorej godzinki. Ze szczytu można podziwiać plażę w całej okazałości. Widoki są bezcenne więc myślę że warto. Mi jednak nie udało się tam dotrzeć ze względu na zmęczenie a czekał mnie jeszcze 20 kilometrowy powrót. W sumie tego dnia zrobiłam około 40 kilometrów na rowerze. Wróciłam na kemping wyczerpana ale szczęśliwa, że udało mi się zdobyć plażę w tak pięknych okolicznościach przyrody.

To nie był jeszcze koniec wrażeń, gdyż tego samego dnia, wieczorem wybraliśmy się zapolować na jeden z najpiękniejszych zachodów słońca do miejscowości Eggum, która słynęła z tego pięknego zjawiska. Ta urokliwa wioska, znajdowała się niedaleko Leknes. Polecił nam ją jeden z mieszkańców Lofotów, z którym mieliśmy okazję jechać stopem. Spacer wzdłuż wybrzeża dostarczył nam niesamowitych wrażeń. Mogliśmy przez chwilę zaobserwować, jak niebo z minuty na minutę zmienia swoją barwę.

DSC_0014 (2)

DSC_0004 (2)

DSC_0001 (2)
zachód słońca w Eggum

Reine

Nasza wyprawa powoli dobiegała końca ale na ten dzień czekałam najbardziej. Był wyjątkowy bo wybraliśmy się do jednego z najbardziej niezwykłych i rozpoznawalnych miejsc na Lofotach – wioski rybackiej Reine, której fotografie widnieją we wszystkich wyszukiwarkach internetowych. Nie bez powodu, gdyż uznawana jest za jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Norwegii.

Obudziłam się rano z nadzieją, że będzie piękna pogoda. Niestety lało jak z cebra. Mimo tego wyruszyliśmy z nadzieją, że może się przejaśni. Pierwszego stopa do centrum Leknes udało nam się złapać bez problemu, więc nie zmokliśmy aż tak bardzo. Z kolejnym nie poszło już tak szybko, jak się tego spodziewaliśmy, być może ze względu na paskudną pogodę. Minęło sporo czasu, zanim zmoknięci jak kury wsiedliśmy do auta, które się nad nami zlitowało. Naszym wybawicielem okazał się przesympatyczny Norweg, który przywiózł nas aż do samej wioski. W czasie drogi, krajobrazy za oknem były tak piękne, że nie mogłam odkleić nosa od szyby samochodu. Ale prawdziwa uczta dla oczu rozpoczęła się z chwilą, kiedy wjechaliśmy do wioski. W życiu nie widziałam nic piękniejszego i właściwie brakło mi słów. W dodatku moje modły zostały wysłuchane i po chwili zaczęło się przejaśniać.

reine5
Reine w całej okazałości

reine6

Reine to wyjątkowe miejsce. Już sam fakt, że w rzeczywistości wygląda jeszcze piękniej, niż na niejednej fotografii świadczy, że trafiłam do górskiego raju. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to przypadkiem nie sen i kazałam się uszczypnąć. Jednak bajeczny krajobraz nie znikał. Od razu wybraliśmy się na spacer po okolicy, który dostarczył nam niezapomnianych wrażeń.

Reinereine7

Reine2

DSC_0091

reine 8

DSC_0103 (2)

Sama wioska jest niewielka i liczy zaledwie około 300 mieszkańców, którzy żyją głównie z turystyki i połowu ryb. To tutaj znajdziecie mnóstwo drewnianych pali, na których suszą się ryby na wolnym powietrzu, tzw. sztokfisze. A mniej więcej wygląda to tak.

DSC_0023 (2)

stokfisz

stokfisz2
Suszony sztokfisz

Reine słynie również z tradycyjnych, drewnianych domków rybackich w czerwonym kolorze, postawionych na palach zwanych rorbu. Dachy rorbu w większości są porośnięte trawą. W dawnych czasach służyły rybakom za kwatery, obecnie zostały wyremontowane i wyposażone w sposób, aby mogły służyć turystom jako przytulne miejsce do wypoczynku. Niestety taka przyjemność kosztuje, gdyż tego typu zakwaterowanie nie należy na Lofotach do najtańszych. Jedna noc to koszt rzędu 600-800 zł.

reine3

rorbu
rorbu

DSC_0096

Oprócz malowniczych rorbu i zapachu sztokfisza, atrakcji w okolicy jest wiele. Jedną z nich jest trekking na „Reinebringen”, skąd rozpościera się najpiękniejszy widok na panoramę Reine. To widok ze szczytu góry zdobi pocztówki i przyprawia turystów o zawrót głowy. Choć bardzo żałowałam, nie udało nam się tam dotrzeć tego dnia z powodu bezpieczeństwa i silnego deszczu jaki padał przed południem. Szczyt jest dość stromy i wymagający a lokalni odradzali, żeby zdobywać go przy niepewnej pogodzie. Jak magicznie wygląda Reine w całej okazałości możecie zobaczyć tutaj. Ponadto wioska oferuje wycieczki wędkarskie, rowerowe, kajakarstwo, nurkowanie jak również obserwacje wielorybów i ptaków, głównie maskonurów, których niestety nie udało mi się spotkać z bliska i sfotografować.

My w zamian za to udaliśmy się piechotą do sąsiedniej równie malowniczej osady rybackiej Hamnøy, gdzie zjadam najlepszą w swoim życiu rybę w czerwonym winie. Niebo w gębie 😊 To była prawdziwa uczta dla podniebienia. Niestety nie pamiętam nazwy restauracji, których tutaj było niewiele ale za to mam zdjęcia okolicy.

Hamnoy
Hamnøy

hamnoy2

Hamnoya

DSC_0134 (2)

DSC_0124 (2)

hamnoya2

Patrząc na zdjęcia nie jestem w stanie stwierdzić, która z wiosek rybackich była ładniejsza. Jednak to mniej znana, bliźniacza siostra Hamnøya zrobiła na mnie większe wrażenie. Być może rybka, którą zjadłam miała w sobie magiczny pył, którym czarowała zgłodniałych turystów 😉Jedno jest pewne bajkowa sceneria obu wiosek mnie  kompletnie zafascynowała.

Å

Ostatniego dnia naszej wyprawy, która powoli dobiegała końca wybraliśmy się do…no właśnie…na koniec świata 🙂 Czyli do najdziwniejszej i najkrótszej nazwy miejscowości na świecie mianowicie Å. Często porównywalna jest z końcem świata, gdyż jest to ostatnia litera norweskiego alfabetu, które czytamy jak nasze polskie „o” tyle, że z dziubkiem. Miasteczko jest oddalone zaledwie 10 km od Reine i jest to tak na prawdę ostatni punkt Lofotów na trasie E10. Obowiązkową atrakcją jest zdjęcie na tle tabliczki z nazwą miejscowości.

A3
Najkrótsza nazwa geograficzna na świecie

Jest to bardzo mała, spokojna wioska rybacka ale niezwykle urokliwa. Podobnie jak w Reine pełno tu rorbu i suszonych sztokfiszy, których zapach ulatnia się po całej okolicy. Jak na małą wioskę, kryje w sobie sporo skarbów, dlatego warto tu zaglądnąć. Jednym z nich jest „Mała Syrenka”, którą spotkałam tuż przy morzu 😉

syrenka
Mała Syrenka

wioska A

A2
Wioska rybacka Å

A

aaaaaaaa

Znajduję się tutaj słynne Muzeum Sztokfisza oraz Norweskie Muzeum Rybołówstwa a my znaleźliśmy także coś na ząb w postaci tradycyjnej piekarni, która powstała w 1844 roku. Zjedliśmy pyszne norweskie bułeczki, których jest tutaj kilka rodzajów. Z rodzynkami tzw. Rosinbolle, z czekoladą, zwane Sjokoladebolle oraz tradycyjne Hvetebolle. Norwegia słynie również z obłędnych „cynamonek”, których świeży zapach rozchodził się nawet na zewnątrz piekarni 🙂

DSC_0171 (2)
Muzeum Sztokfisza
piekarnia
Piekarnia w Å

Przed wejściem do piekarni natrafiliśmy na kolorowe miniatury statków, które leżały na trawniku.

statki

stateczkiTo był niestety ostatni punkt naszej wyprawy. Jeszcze tego samego dnia udaliśmy się do Moskense, skąd promem płynęliśmy do Bødo. Tam czekała nas nocna przeprawa pociągiem do Trondheim, a następnie lot do Bergen. Po takiej wyprawie ciężko mi będzie uwolnić się od wspomnień najpiękniejszych krajobrazów gór, jakie dane mi było zobaczyć. Z pewnością tu kiedyś wrócę 😉

DSC_0246 (2)
prom do Bødo
DSC_0242 (2)
Żegnamy się z pięknymi Lofotami

DSC_0240 (2)

 

Przydatne informacje:

  • lot Oslo-Narvik linią Norwegian – 890 NOK z bagażem podręcznym
  • nocleg Vandrerhjem Lofotferie Kabelvåg – ok. 600 NOK/noc
  • nocleg Lofoten Camping Storfjord – 400-800 NOK/noc w zależności od wielkości i standardu domku
  • ceny za obiad w tawernach – 160-220 NOK
  • transport po Lofotach – autostop 😉
  • prom Moskenes – Bødo – ok 350 NOK/os. (czas podróży ok. 3-4h)  http://www.torghatten-nord.no/english/
  • pociąg Bødo – Trondheim – 200-300 NOK, im szybciej zakupicie bilet tym taniej (czas podróży ok. 9-10h), w czasie nocnej podróży koleją dostaniecie w prezencie zatyczki do uszu, kocyk i opaskę na oczy 😉 bilety kupicie tutaj  www.nsb.no
  • lot Trondheim – Bergen linią Norwegian – ok 320 NOK

Ciekawostki:

  • archipelag Lofotów składa się z 5 głównych wysp: Austvågøy, Vestvågøy, Moskenesøya, Flakstadøya, Gimsøya
  • najlepsza pora, pod względem pogody na odwiedzenie Lofotów to lipiec i sierpień, ale wtedy trzeba się liczyć z większymi cenami
  • w okresie od maja do lipca można podziwiać zjawisko tzw. dni polarnych, natomiast od września do kwietnia spektakularne zorze polarne
  • Lofoty słyną z tradycyjnych domków rybackich tzw. rorbu, które obecnie służą jako zakwaterowanie dla turystów
  • będąc na Lofotach trzeba koniecznie spróbować suszonej ryby z dorsza tzw. sztokfisza
  • najlepiej poruszać się wypożyczonym samochodem lub bez problemu na stopa tak jak my 😉 Autobusem można dostać się wszędzie ale niestety jeżdżą bardzo rzadko
  • jeżeli chodzi o zakwaterowanie to jest spore pole do popisu od spania pod chmurką, namiotem, przez hostele, apartamenty, kempingi  i tradycyjne rybackie rorbu, wszystko zależy od tego czy marzy Wam się spanie pod gwieździstym niebem  czy jesteście bardziej wybredni

Calo des Moro, Cala Mesquida, Es Trenc – bajeczne plaże Majorki

Jest ich tysiące. Prawie tyle co gwiazd na niebie. Ciągną się kilometrami…bez końca…piaszczyste, kamieniste, o złotym lub białym piasku, oblane błękitnymi wodami morza lub oceanu. Niejeden z Was marzy, by zanurzyć stopy w cieplutkiej wodzie i pospacerować w blasku zachodzącego słońca po mięciutkim piasku, który delikatnie będzie łaskotał Wasze bose stópki. Takie perełki wśród plaż i piękną scenerię do zażywania kąpieli słonecznych odnalazłam na Majorce. Wybierając się w podróż dookoła wyspy znaleźć można mnóstwo urokliwych zatoczek tzw. „calas” jak i szerokich, długich piaszczystych plaż. My postanowiliśmy odwiedzić te małe, często ukryte gdzieś w zaroślach jak i te bardziej dostępne dla turystów.

ES TRENC

es trenc14

Pierwszą plażą na Majorce, wyłączając oczywiście słynną Playa de Palma, gdzie moje stopy dotknęły rozgrzanego, złocistego piasku była Es Trenc. To piękna, dzika, piaszczysta plaża, położona na południu wyspy, nieco wyizolowana, gdyż nie znajdziecie tutaj żadnych resortów i hoteli, jedynie kilka restauracji i barów. Najbliższe miasteczko, gdzie można się zatrzymać to nadmorska miejscowość Colonia Sant Jordi, znajdująca się 7 km od Es Trenc. Stąd możecie popłynąć na niewielki archipelag wysepek Cabrera położonych na terenie parku narodowego. Można zatem połączyć leżenie na plaży z rejsem na dziewicze wysepki. Nam jednak nie starczyło już na to czasu. Jeden z powodów, dla którego kiedyś będziemy mogli tu wrócić. Es Trenc od stolicy wyspy dzieli jedynie 54 km, z kolei od El Arenal, które było naszą bazą wypadową tylko 37 km.

Jak dojechać na plażę?

Dojazd do plaży nie jest skomplikowany i nie zajmie Wam dużo czasu. Jadąc z El Arenal lub stolicy wyspy należy kierować się drogą MA-19 w kierunku miejscowości Campos, następnie skręcić na rondzie w drogę numer MA-6040 w kierunku Colonia Sant Jordi. Przed dojazdem tutaj po drodze znajdziecie mnóstwo oznaczeń dotyczących plaży, więc na pewno się nie zgubicie i będziecie wiedzieć gdzie należy skręcić.  Droga jest dosyć wąska i prowadzi głównie przez pola ale z dojazdem nie mieliśmy najmniejszego problemu. Następnie auto zostawiacie na parkingu, idąc dalej na piechotkę przez wydmy docieracie na miejsce.

mapa Es Trenc

Aby dostać się na jedyny, darmowy parking w pobliżu plaży, gdzie możecie zostawić auto  za free trzeba wybrać się z samego rana, inaczej opłata za parking wynosi 5€ za cały dzień ale na pewno nie pożałujecie. Plaża zaliczana jest do jednych z najpiękniejszych na Majorce, nazywana często „balearskimi karaibami”. Nie bez powodu, gdyż kolor wody jest niebiańsko błękitny a woda przejrzyście krystaliczna. Przed przyjazdem tutaj byłam bardzo sceptycznie nastawiona czy na pewno to dobry wybór, żeby tu przyjechać, ze względu na negatywne opinie internautów. Po raz kolejny jednak przekonałam się, że ludzie czasem piszą bajki a niektórym turystom nie dogodzi, chociażby wszystko było perfekcyjne i tak znajdą jakieś minusy. Być może doskwierał im widok nagich spacerowiczów, gdyż nudystów tutaj nie brakuje. Nie ma dla nich specjalnie wydzielonej strefy więc spotkać można ich wszędzie.

Zmierzamy zatem w kierunku plaży, gdzie po chwili naszym zniecierpliwionym oczom ukazuje się lazurowy horyzont. Możecie sobie wyobrazić nasze zdziwienie, gdyż nie spodziewaliśmy się aż tak pięknego widoku, niemal opadły nam szczęki. Ostatnim razem tak błękitny kolor morza widzieliśmy na Karaibach.

es trences trenc2es trenc3estrenc1es trenc 4

Nacieszyliśmy oczy i kadr naszego obiektywu, gdyż zdjęcia można było robić bez końca. Jednak słońce grzało tak mocno, że patrząc na morze, marzyliśmy już tylko o tym, żeby wskoczyć do tej iście błękitnej wody i schłodzić nasze rozgrzane ciała 🙂Jednomyślnie ruszyliśmy w stronę plaży, żeby poszukać dobrej miejscówki do plażowania. Ku mojemu zdziwieniu i na całe szczęście plaża była mniej zatłoczona niż Playa de Palma. Miejsce znaleźliśmy szybciutko i bez większych poszukiwań. Dla wygodnych i tych, którzy preferują cień, znajdziecie sporo leżaków, które można wypożyczyć za drobną opłatą. My jednak zdecydowaliśmy się na ręczniki i leżenie na złocistym piasku. Miejsca jak dla mnie było pod dostatkiem a czysta woda zachęcała, żeby do niej jak najszybciej wskoczyć.

es trenc6es trenc7

Kąpiele słoneczne w takim miejscu to czysta przyjemność dla ciała i ducha. Woda była ciepluteńka a piasek tak nagrzany, że trzeba było szybko uciekać do wody. Zejście jest płytkie i bardzo łagodne, więc nie bójcie się tutaj zabrać Waszych pociech. Uważam, że to idealne miejsce dla rodzin z dziećmi i o wiele spokojniej niż przy słynnej Playa de Palma, w dodatku bajeczne widoki. W oddali, na horyzoncie falują po morzu białe, prywatne jachty i żaglówki.

estrenc

20170820_123311

es trenc12es trenc10es trenc11

A dla spragnionych znajdą się same rarytasy np. kokosy, arbuzy i inne soczyste owoce, które rozwożone są taczkami wzdłuż całej plaży. Grzechem byłoby nie spróbować, aż ślinka cieknie 😋

owoce

Es Trenc kusi swoim niebanalnym kolorem wody. Uważam, że znaleźć tutaj można wszystko co potrzebne jest nie wybrednym plażowiczom: jasny, mięciutki piasek, czysta woda, dość sporo miejsca do plażowania, kilka restauracji i barów, więc nikt z głodu i pragnienia nie umrze, również wypożyczalnia parasoli, leżaków i sprzętów wodnych. Myślę, że takiej plaży nie można pominąć i warto ją odwiedzić podróżując po Majorce.

CALO DES MORO

calodesmoro1

O tej niezwykle dziewiczej plaży nie miałam zielonego pojęcia dopóki koleżanka z pracy – Hiszpanka nie powiedziała mi o jej istnieniu i że koniecznie musimy ją zobaczyć. Sprawdziłam w internecie o czym mówiła z taką ekscytacją i oniemiałam z wrażenia. Oczywiście plaża w rzeczywistości wygląda lepiej niż na zdjęciach a ja przed wyjazdem oglądając fotki w internecie byłam przekonana że zdjęcia są grubo podrasowane. Dopiero przybycie na miejsce uświadomiło mi jak bardzo się myliłam. Myślałam, że takie miejsca istnieją tylko na drugim końcu świata a tu ot tak! na wyciągnięcie ręki taka perełka. Teraz już wiem, w jakim błędzie żyłam. Czasem nie warto jest jechać daleko, płacąc grube pieniądze za luksusowe hotele, gdyż w Europie jest wiele pięknych miejsc, gdzie można pojechać a pogoda niekiedy będzie lepsza niż w tropikach o czym zdążyłam się już przekonać lecąc na Dominikanę w zeszłym roku.

Jak dojechać do plaży?

I tutaj już pojawia się problem bo niestety nie jest tak łatwo jak w przypadku Es Trenc o czym za chwilę się dowiecie. Plaża znajduje się w południowo – wschodniej części wyspy, około 45 km od El Arenal i 61 km od stolicy. Dotarcie tutaj okazało się nie lada wyzwaniem. Podobnie jak w przypadku Es Trenc należy kierować się drogą MA-19 do miejscowości Campos a następnie kontynuować w kierunku Santanyi.

cala des moro

I tutaj już napotkaliśmy problem bo na plaże nie ma żadnych tabliczek, znaków drogowych ani oznaczeń. Oczywiście po drodze zabłądziliśmy i straciliśmy dużo czasu na dojazd. Zniechęceni już prawie straciliśmy nadzieję, że tutaj dotrzemy. Nawigacja pokierowała nas w stronę Cala Santanyi a tak na prawdę, jak się później okazało trzeba było dojechać do miejscowości Cala Lombards, skąd resztę drogi ok 2.8 km należało pokonać na piechotę, gdyż nie ma tam bezpośredniego dojazdu samochodem. Byłam tak podekscytowana dotarciem tutaj, że pomyślałam sobie, że musimy tam dotrzeć za wszelką cenę a było tak gorąco, że pot spływał z czoła. Zostawiliśmy samochód w miasteczku Cala Lombards. Najlepiej o dalszą drogę zapytać się lokalsów na miejscu, aczkolwiek zauważyłam, że niechętnie chcieli się dzielić informacją z turystami jak dotrzeć do rajskiej plaży. Jak się później dowiedziałam Calo des Moro jest jedną z sekretnych plaż, które lokalni chcieli zachować dla siebie. Droga, która prowadzi do plaży jest prywatna i zamknięta dla turystów o czym informuje znak w postaci zakazu wjazdu. Niektórzy decydują się złamać zakaz, jednak nie polecam, gdyż w drodze powrotnej na przeciwko ulicy stał patrol policyjny, który łapał wszystkich nie przestrzegających przepisów.

Żar leje się z nieba a my zmęczeni poszukiwaniami nareszcie znaleźliśmy się na właściwej drodze, pełnej pięknych, kolorowych hacjend. Dopiero tutaj dostrzegliśmy małą, drewnianą tabliczkę z napisem „Calo des Moro”. Miałam wrażenie, że mieszkańcy specjalnie ją ukryli, żeby jak najmniej turystów tu dotarło. Wisiała na ogrodzeniu jednego z domów,  mało dostrzegalna i wcale nie rzucała się w oczy. I na tym ulica się kończy a zaczyna droga przez zarośla. Dojście do plaży nie jest łatwe, polecam zatem wziąć klapki do plecaka a na ten czas zaopatrzyć się w solidne buty bo czeka Was nie lada przeprawa. Dochodziła już prawie 12.00 a my jeszcze nie byliśmy na wymarzonej plaży. Zaczęłam się denerwować, że nie będzie już dla nas miejsca i będziemy mogli zapomnieć o rajskim zakątku. Na dodatek, po drodze spotykamy parę, która ku naszemu zdziwieniu wracała w przeciwnym kierunku. Zapytałam dlaczego nie zostali na plaży. Odpowiedzieli, że widok z góry na plażę jest przepiękny ale nie ma tam już dla nich miejsca. Mimo tego postanowiliśmy zaryzykować i poszliśmy dalej.

Widok, jaki zobaczyliśmy nas poraził i jedyne co potrafiłam z siebie wydobyć to było wielkie „Wow”. Zresztą co tu dużo mówić. Sami zobaczcie.

20170822_12055020170822_120712

Dotarliśmy idealnie w samo południe, kiedy lazurowy kolor wody pięknie lśnił i mienił się w słońcu. Moja radość była tak wielka, że nie prędko chciałam schodzić w dół plaży tylko zostać tutaj i rozkoszować się pięknym widokiem z klifu. Ale kto nie chciałby wskoczyć  do tego nieba , zwłaszcza, że grzało niemiłosiernie i czułam się tutaj jak na pustyni.

calo

20170822_120717

Zatoczka jest niestety niewielka i pełno jest kamieni i głazów na plaży, że ledwie jest się gdzie wcisnąć. Plażowiczów też nie brakuje. I choć turystów było pełno to i tak uważam, że to jedna z najbardziej dziewiczych plaż, jakie do tej pory widziałam.

20170822_120730

calodesmoro

Zeszliśmy niżej, żeby zrobić kilka zdjęć plaży od drugiej strony. Efekty przeszły chyba nasze najśmielsze oczekiwania. To jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam i choć plaży daleko było od zgiełku i braku tłumów to i tak uważam, że warto tu przyjechać i zobaczyć to cudo natury.

calo des moro

20170822_155427

20170822_15450120170822_154734

20170822_155437Untitled20170822_160211

Zeszliśmy na plaże. Ponieważ miejsca już nigdzie nie było rozbiliśmy się w małej jaskini. I tak byliśmy już spaleni słońcem a stopy mnie piekły niemiłosiernie, więc potrzebowałam uciec do cienia. Przyszła pora żeby wskoczyć do wody.

20170822_13232420170822_13231420170822_133658

Nie zostaliśmy długo na plaży mimo, że mnie oczarowała i powaliła na kolana. Ponieważ był to nasz ostatni dzień przed odlotem chcieliśmy zobaczyć jeszcze stolice tego samego dnia. W drodze powrotnej ogarnęło mnie takie zmęczenie, że ucięłam sobie małą drzemkę w samochodzie 😋

CALA MESQUIDA

cala

Piękna, piaszczysta Cala Mesquida o złotym piasku, otoczona wydmami zupełnie różni się od swoich poprzedniczek. Dopiero teraz pisząc ten post i przeglądając zdjęcia widzę, że każda z nich była zupełnie inna. Położona w północno – wschodniej części wyspy z pewnością zachwyci miłośników lazurków i zapierających dech w piersiach krajobrazów. Dość częste wiatry i wysokie fale sprawiają, że jest idealnym rajem dla surferów.

Jak dojechać do plaży?

Cala Mesquida była najbardziej oddaloną plażą od naszego miejsca zatrzymania, do której wyruszyliśmy. Mieliśmy do pokonania 80 km ale drogi na Majorce są tak rewelacyjne, że prowadzenie auta to czysta przyjemność a dodarcie na miejsce to pikuś 🙂. Dojechaliśmy zatem bez najmniejszych problemów. Najszybsza trasa to droga MA-15 w kierunku miejscowości Manacor a potem to już z górki a wszystko możecie sprawdzić na niezawodnej mapce.

cala mesquida

Na miejsce docieramy jeszcze przed południem. Już na oko widać, że miasteczko jest znacznie większe niż pozostałe i tętni życiem. Dookoła jest bardzo zielono. Przez chwile poczułam się jakbym wjechała do jakiegoś parku. Znaleźć tu można liczne restauracje i sklepiki z pamiątkami. Najważniejsze, że pogoda nam dopisywała a przez cały pobyt nie spadła ani jedna kropla deszczu. Wakacyjna radość trwała i nie przysłoniła jej żadna chmurka 😉. O dziwo dopisało nam też szczęście z miejscem parkingowym, które znaleźliśmy szybciutko i w dodatku za free. Zaraz obok, dosłownie kilka kroków od parkingu roztaczał się panoramiczny widok na morze, więc od razu ruszyliśmy w stronę błyszczącej w słońcu, lazurowej toni wody. Kolor morza w tym miejscu był oszałamiający, więc nie obyło się bez fotek.

calameskida10meskida5meskida

Po prawej stronie znajdowała się restauracja z przeszklonym tarasem, gdzie można było delektować się włoskimi specjałami z pięknym widokiem na morze i dryfujące fale. My jednak zdecydowaliśmy się pójść na lewo w stronę klifu, nad którym znajdowała się panorama widokowa.

cala mesquida 2

meskida6

Stąd błękitne morze lśniło jeszcze piękniej a w oddali widać było złocistą plażę. Zostaliśmy tutaj chwilkę by nacieszyć oczy pięknym widokiem i wsłuchać się w szum morskich fal, które spienione uderzały o klif, nad którym staliśmy. Nic tak nie koi zmysłów jak świeża, morska bryza. Trafiliśmy akurat na wietrzny dzień a fale były tak ogromne, że bardziej sprzyjały surferom niż spragnionym kąpieli morskiej plażowiczom. A o tej można było pomarzyć 🙂 Mimo to udaliśmy się w stronę plaży. Cala Mesquida ukryta jest wśród piaszczystych wydm. Zejście do plaży prowadzi tuż obok jednego z resortów hotelowych, schodami w dół. Stąd również roztaczał się niezapomniany widok na piękną „cale”.

mesquida

20170821_163821

meskida9

Ilość turystów jaką zobaczyliśmy również była imponująca, ale plaża była dość szeroka a my znaleźliśmy miejscówkę tuż przy samym morzu. Wiatr był na tyle silny, że chyba po raz pierwszy nie czułam na skórze piekącego słońca. Mogłam leżakować bez końca i skosztować błogiego lenistwa. Z oddali słychać było jedynie gwizdki, dochodzące od ratowników, którzy próbowali ogarnąć i doprowadzić do porządku skaczących we fale ludzi. Zaintrygowani sprzyjającymi okolicznościami natury, podążyliśmy ich śladem, skacząc do wody jak małe dzieci. Radości końca nie było.

20170821_123533calameskida2calameskida

meskida11

W końcu trzeba było wyjść z wody bo tego samego dnia czekała na nas jeszcze jedna plaża Calla Agulla, położona zaledwie kilka kilometrów od Mesquidy. Niektórzy twierdzili, że jest ładniejsza, na mnie jednak nie wywarła specjalnego wrażenia i nie wyróżniała się niczym szczególnym, poza otaczającym ją niezwykłym lasem piniowym. Być może powodem było powoli zachodzące już słońce, gdyż dotarliśmy tu dosyć późno. Turystów było mniej. Pewnie ze względu na późną porę. Prawdziwym smakoszom mogę jednak polecić wizytę w restauracji, położonej nad samą plażą, gdzie zjadłam pyszną sałatkę a i widoki były całkiem, całkiem 😉 Nie wiem jak Wy ale ja zgłodniałam 😋

20170821_174059

cala agulla

Przydatne informacje:

  • parking Es Trenc – 5€
  • Palma de Mallorca – Es Trenc – 54 km
  • Palma de Mallorca – Calo des Moro – 60 km
  • Palma de Mallorca – Cala Mesquida – 85 km
  • wybierając się na plażę Calo des Moro radzę wybrać się wczesnym rankiem aby znaleźć dogodne miejsce do plażowania, w przeciwnym razie może być problem
  • aby dotrzeć do Calo des Moro należy zostawić samochód w miasteczku Cala Lombards skąd pieszo należy przejść około 3 km, rekomenduję zabrać ze sobą odpowiednie obuwie, najlepiej wygodne adidasy

 

Prest – 1478 metrów bliżej nieba

Budzę się rano w środku lipca…za oknem piękny letni dzień w otoczeniu ukochanych gór, które aż proszą się same, by dotknąć ich lekko ośnieżonych szczytów…moja radość porównywalna z uśmiechem dziecka, które po raz pierwszy zjadło tabliczkę czekolady… kolejna ekscytacja, że za parę godzin stanę na szczycie góry „Prest”, a dokładnie 1478 metrów n.p.m., by znowu poczuć się wolnym, dotknąć kawałka nieba i po raz kolejny wyrazić swoją miłość do gór♥. Łyk świeżego powietrza, by przewietrzyć głowę jeszcze nikomu nie zaszkodził 😉

Tak więc z samego rana wskakuję w auto i ruszam w kierunku Aurland. To niewielkie, górskie miasteczko położone zaledwie 7 km od Flåm, nad którym dumnie rozpościera się cel mojej dzisiejszej podróży. Droga, która dzieli oba miejsca jest bardzo popularną w tym rejonie trasą rowerową. Przejazd autem z kolei zajmuje około 10 minut. Docieram zatem do Aurland, gdzie zatrzymuję się na małe zakupy. W plecaku ląduje niezbędna do wspinaczki woda, która w Norwegii jest najlepsza na świecie i dawka witamin w postaci chrupiących marcheweczek.

Ruszam dalej w kierunku „Śnieżnej Drogi” zwanej „Aurlansvegen”, która biegnie stromymi górami, oddzielającymi dwa miasteczka Aurland i Lærdal. Trasa jest dosyć stroma, droga wąska w niektórych momentach a w górę prowadzą liczne serpentyny. Wybierając się tam samochodem trzeba bardzo uważać, zwłaszcza w szczycie sezonu. No ale czego się nie robi dla oszałamiających  widoków.  Czym wyżej jadę, tym coraz piękniejsze krajobrazy mogę podziwiać zza szyby samochodu. Zresztą sami zobaczcie. Wrażenia niezapomniane.

aurlandsvegen

stegastein

Po chwili docieram do małej zatoczki dla samochodów, gdzie zatrzymuje się na dłuższą chwilę, by nasycić się tym nieziemskim widokiem. Siadam na murku, wciągam łyk świeżego powietrza i patrzę na cud matki natury jaki ukazał się moim oczom. Brak mi słów by wyrazić Wam jak się teraz czuję. Zapominam przez chwilę o bożym świecie, wszystkie troski przestają mieć znaczenie, jedną chwilą ładuję akumulatory na kolejny dzień życia. Wszystkie moje zmysły, węchu, wzroku i słuchu skierowane są w jeden punkt. Oddycham pełną piersią, czuję zapach soczystej trawy, patrzę na piękno przyrody, tak naturalnej, dzikiej i nieskazitelnej. W tym miejscu uświadamiam sobie jak niezwykła potrafi być potęga natury.

stega6

stegastein2

stega3

Ruszam dalej by po chwili znaleźć się tuż przy jednym z najpiękniejszych punktów widokowych w tym rejonie zwanym „Stegastein”, gdzie turyści mogą podziwiać panoramę całego Aurlandsfjordu. Jest to drewniana platforma, wybudowana na wysokości ponad 600 metrów, zakończona szklaną barierą, przez którą rozpościera się widok na fiord i całe miasteczko. Z ciekawostek dodam, że została okrzyknięta jedną z najpiękniejszych platform widokowych w Europie. No cóż, dla jednych najpiękniejsza, dla innych najbardziej przerażająca, ze względu na szklaną ścianę.

stegastein 2 (2)

Najlepiej wybrać się tutaj z samego rana, kiedy nie jest jeszcze mocno zatłoczona. Jeżeli nie podróżujecie po Norwegii własnym autem, polecam wykupić wycieczkę busem w biurze informacji turystycznej we Flåm. Kosz takiej atrakcji sięga 300 koron norweskich od osoby. Więcej informacji na ten temat znajdziecie tutaj www.visitflam.com. Dla bardziej wymagających turystów idealnym rozwiązaniem będzie wypożyczenie „Twizy”. To małe, śmieszne, elektryczne, zielone autko, którym bez problemów wciśniecie się w każdą przysłowiową dziurę a przy tym jazda sprawi Wam mega dużo radości. Niestety jest to dużo droższa opcja, gdyż za 2 godziny takiej przyjemności musicie zapłacić 1500 NOK. Ale za to frajda gwarantowana. Odsyłam Was zatem do stronki www.visitflam/emobility.com.

twizzy

Stegastein

Jestem zatem tuż obok Stegastein. Wsiadam ponownie w auto i jadę 1 km dalej na parking, z którego rozpoczyna się szlak na upragniony szczyt. Zatem ruszamy. Trasa jest dość wymagająca, ale wysiłek rekompensują cudowne krajobrazy.

start

prest1

prest5

hfjdhjfhfjdklo

Po niespełna 2 godzinach szczęśliwa i dumna docieram na sam szczyt. Jest trochę wietrznie ale wita mnie cudowny krajobraz. Zmęczona, próbuję złapać oddech, siadam na kocu i wyciągam moje dorodne marchewki. Przyznam, że taka wspinaczka nieźle potrafi wymęczyć a człowiek robi się głodny jak wilk. Zaczynam chrupać i patrzę na fiord. Znowu mi się udało – pomyślałam. Udało mi się dogonić marzenia. Staję na szczycie i rozwijam skrzydła. Zazdroszczę ptakom i bardzo żałuję, że nie jestem tym cudownym stworzeniem, które potrafi latać. Widać nie można mieć wszystkiego. Człowiek ma duszę a ptaki skrzydła.

panorama prest

prest4prest3

jfidifh

Lepszej pogody na górską eskapadę nie mogłam sobie wymarzyć. Jest tu tak pięknie, że nie mogę się napatrzeć. Ośnieżone szczyty idealnie komponują się z błękitem nieba. Nie mam najmniejszej ochoty się stąd ruszać. Kochani życzę Wam, żeby Wasze marzenia sięgały gwiazd. Ja dzisiaj mogłam dotknąć kawałka nieba…

Przydatne informacje

  • Flåm – Aurland 7 km
  • wypożyczenie „Twizy” – ok. 1500 NOK/2 h
  • bus Flåm – Stegastein – ok. 350 NOK

 

 

 

 

 

Valldemossa i Deia – malownicze miasteczka z duszą

U stóp dzikich szczytów gór Serra de Tramuntany, wśród drzewek oliwnych na wzgórzach, leżą małe, kamienne miasteczka, w których czas się zatrzymał w miejscu a życie mieszkańców płynie powoli. Każda uliczka, każdy zakątek i zaułek kryje w sobie duszę i czaruje niezwykłą atmosferą, której nie oparli się nawet najwięksi artyści tego świata. To tutaj, wśród palm, gór i bujnych ogrodów swoje dzieła tworzył Fryderyk Chopin. Wraz ze swoją kochanką, francuską pisarką George Sand przybył do Valldemossy, by cieszyć się romantycznymi chwilami w towarzystwie ukochanej.

deia

VALLDEMOSSA

Po dość intensywnym plażowaniu pierwszego dnia naszego pobytu na słonecznej Majorce, następnego dnia, wczesnym rankiem ruszamy w góry, by poczuć magię ukrytą w wąskich uliczkach, malowniczo położonego miasteczka Valldemossa. To tutaj docieramy najpierw po niespełna 32 przejechanych kilometrach. Tyle zaledwie dzieli miasto od stolicy, zatem nie jest daleko a podróż samochodem przy dobrych wiatrach zajmuje około 35 minut. W górę miasteczka prowadzi dość kręta droga ale widoki na trasie są spektakularne, więc myślę że warto poświęcić jeden dzień i zrezygnować z plażowania by udać się w to niezwykle urokliwe miejsce. Docieramy na parking, który niestety jest płatny jak większość turystycznych miejsc Majorki. Już przy samym wejściu do miasteczka, gdzie rozpoczynamy nasz spacer wita nas przykuwający uwagę napis „Valldemossa” widniejący na kamiennym murku.

DSC_0718

Miasteczko już od samego początku mnie oczarowało i zajęło w moim sercu specjalne miejsce. Stare miasta mają duszę i hipnotyzują ukrytą w swoich murach magią, która czaruje człowieka niczym magik za pomocą czarodziejskiej różdżki. A potem to już tylko miłość od pierwszego wejrzenia. Tak też i było w przypadku Valldemossy.

miasteczko

spacer

Jak mogę najprościej opisać Wam to niezwykłe miejsce? Otóż wyobraźcie sobie romantyczny spacer z ukochanym lub ukochaną, w towarzystwie pięknych gór. Idziecie razem, trzymając się za ręce pośród wąskich, kamiennych uliczek wypełnionych po brzegi galeriami, restauracjami i sklepikami z pamiątkami, gdzie znaleźć można unikatowe pamiątki i prawdziwe arcydzieła.  Wokół czas płynie wolno. Każdy zabytek kryje w sobie nieodgadnioną historię sprzed wiek wieków. Siadacie na ławce pod dębem by złapać chwilę cienia dla ochłody. Spoglądacie na przeurocze, kamienne domy mieszkańców i okiennice, przyozdobione bujną roślinnością, kolorowymi kwiatami w donicach, kaktusami, aniołami i malowidłami.

valde10DSC_0707DSC_0683DSC_0690DSC_0711DSC_0681DSC_0700

My mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy akurat na organizowany co rocznie w sierpniu Festiwal Chopina. W związku z tym spotkaliśmy mnóstwo turystów, zwłaszcza z Polski a centrum miasteczka przyozdobione było niebiesko – białymi wstęgami, które powiewały nad naszymi głowami, splatając się z błękitem nieba co dawało niezwykle imponujący efekt a cała Valldemossa wyglądała jeszcze piękniej .

festiwalchopin

wstegi

W samym centrum Valldemossy znajduje się zresztą słynne muzeum Chopina i George Sand, które sobie zwyczajnie darowaliśmy, jako, że nie jestem miłośniczką zwiedzania muzeów zwłaszcza będąc na wakacjach. Znajdziecie tutaj również słynny klasztor, który również sobie odpuściliśmy. Wizyty w zabytkach oczywiście były płatne. W zamian za to na deser zostawiliśmy sobie spacer wśród niewielkich ale pięknych ogrodów Jardins Rei Joan Carles.

valldemossa2

jardinsogrody

Na koniec, jako, że jestem kolekcjonerką różnego rodzaju pamiątek z podróży, nie wyobrażam sobie wyjechać stąd z pustymi rękami. Wchodzę do galerii, która już z zewnątrz przykuła moją uwagę i znajduję ślicznego aniołka, który trzyma w ręce uplecione z róż serce. Był tak słodki, że musiał trafić w moje ręce i do mojej kolekcji aniołów ze wszystkich zakątków świata. No cóż każdy ma jakiegoś bzika.

galeria

DEIA

Zaledwie 10 kilometrów od Valldemossy kryje się drugie przeurocze miasteczko Deia, które bardzo przypomina Valldemossę, jednak czytając opinie w internecie przed wyjazdem, większość twierdziła, że Deia jest o wiele ładniejsza. Chciałam zatem się przekonać na własne oczy jaka jest prawda. Ruszamy więc w kierunku Deii. Już przed samym wjazdem tutaj brakło mi słów. Szybko znajdujemy miejsce do parkowania i wyskakujemy z auta z prędkością światła, żeby nacieszyć oczy cudnym widokiem miasteczka, nad którym dumnie rozpościerały się szczyty gór. Co od razu rzuciło mi się w oczy to zdecydowanie mniej turystów niż u jej poprzedniczki. Widocznie miejsce było mniej popularne turystycznie co absolutnie nam nie przeszkadzało. Wchodzimy na mostek położony tuż przed samym miasteczkiem, skąd po lewej stronie  dostrzegamy cudną panoramę na całą okolicę. Wykorzystując fakt, że wokoło jest zupełnie pusto zabieramy się za robienie zdjęć. Moja fascynacja miejscem i otaczającą go przyrodą była tak wielka, że nie chciałam się stąd już nigdzie ruszać.

 

valde

deia2deia3deia5deja4

Po dość intensywnej sesji zdjęciowej udajemy się w głąb miasteczka. Grzało niesamowicie, więc postanowiliśmy poszukać miejsca do ochłody. Tak się składa, że Deia w przeciwieństwie do Valldemossy posiada dostęp do morza. Całe wybrzeże Majorki otoczone jest małymi zatoczkami tzw. „calas”, gdzie błękitne wody Morza Śródziemnego wdzierają się w głąb lądu. Jedną z nich „Cala Deia” znajdziecie właśnie tutaj. Najlepiej wybrać się tam autem, gdyż plaża jest oddalona od miasteczka jakieś 3 km. W dodatku trasa prowadzi stromo w dół, wąskimi serpentynami. Samochód parkujemy na pierwszym lepszym miejscu, które znaleźliśmy gdzieś na uboczu drogi. Trzeba jednak uważać, żeby droga była przejezdna dla innych bo jak się przekonaliśmy wracając z plaży posypało się wiele mandatów. Dalej idziemy pieszo docierając do niezwykle małej zatoczki. Plaża była niestety kamienista ale woda tak krystalicznie czysta, że widać było dno i leżące w głębi kamienie. Na miejscu możecie znaleźć dwie restauracje, z których z obu stron roztacza się widok na zatokę i można zjeść pyszne ryby i owoce morza. My zrezygnowaliśmy jednak z posiłku w tym miejscu, ponieważ mieliśmy zaplanowany obiad w innej restauracji, o której opowiem za chwilę.

20170818_141846

restauracjadeiaflamingdeia restaurant2

Wracając z plaży polecam zboczyć z trasy i skręcić w lewo w małą ścieżkę, którą dojdziecie na samą górę a tam już czekają na Was boskie widoczki na całą zatoczkę.

caladeia

cala deia

caladeia5

W tak pięknych miejscach można by siedzieć bez końca, patrzeć nieustannie w błękitne niebo i turkusową otchłań morza ale niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Ale to jeszcze nie koniec wrażeń bo mam w zanadrzu zaplanowane jeszcze dwa miejsca, z którymi chciałabym się z Wami podzielić.

Wracamy do miasteczka i udajemy się do przepięknej posiadłości Belmond La Residencia, na którą natrafiłam buszując po internecie. Od razu gdy zobaczyłam zdjęcia retauracji El Olivo, położonej wśród niezwykle zielonych ogrodów hotelu i widokiem na góry, wiedziałam, że musimy tam zjeść. Ogólnie cała okolica jest pełna luksusowych hoteli z basenami i apartamentów, gdzie można się zatrzymać i zrelaksować, w otoczeniu gór, palm i bujnej roślinności. Przyroda na Majorce potrafi zachwycić, szczególnie w Deii. Niestety za luksus tutaj trzeba słono zapłacić gdyż hotele należą do jednych z najdroższych na całej wyspie. Kiedy sprawdziłam cenę, jaką trzeba zapłacić za jedną noc przyjemności tutaj oczy prawie wyszły mi na wierzch. Przy rezerwacji za pośrednictwem strony booking.com koszt za dobę w standardowym pokoju to średnio ponad 700 €, czyli jakieś 3,000 naszych polskich złotych. No cóż pozostało nam tylko zjeść obiad i nacieszyć oczy. Ceny w restauracji również nie należały do najtańszych ale przecież jesteśmy na wakacjach i możemy pozwolić sobie na chwilę przyjemności.

Sama rezydencja już przed wejściem robi piorunujące wrażenie a ogrody wokoło należały do najpiękniejszych jakie widziałam w swoim życiu. Widać, że ktoś włożył w ich pielęgnację całe swoje serce.

la belmondlabelmond2

Ale prawdziwa bajka rozpoczyna się z chwilą, kiedy wchodzimy do środka. Idziemy alejką pełną pachnących róż i starych drzew, na których widnieją drewniane tabliczki. Po chwili dostrzegam huśtawkę przywiązaną do jednego z nich i rzucam się na nią jak mała dziewczynka. Podobno w każdym dorosłym tkwi odrobina dziecka a rzeczy, które kojarzą nam się z dzieciństwem sprawiają tyle radości. W takich momentach należy cieszyć się podarowaną nam chwilą.

residenciabelmond

belmonlalabelmond5

hustawka

Dochodzimy do restauracji i cały czar pryska w ciągu jednej chwili. Okazało się, że restauracja jest już zamknięta a my pochłonięci plażowaniem na śmierć zapomnieliśmy o trwającej w godzinach popołudniowych sjeście. Straszne z nas gapy. Pozostało nam zatem tylko usiąść na świeżym powietrzu w barze Cafe Miro, który również należał do rezydencji  i napić się drinka. Menu, które dostaliśmy było chyba najpiękniejszym jakie trzymałam kiedykolwiek w swoich rękach. Jakiś artysta musiał się nieźle napracować.

20170818_163854

Mimo, że nam się nie udało tutaj zjeść, szczerze polecam to miejsce, zwłaszcza parom, które chcą nacieszyć się sobą i zjeść romantyczną kolację w pięknym otoczeniu. Mimo wszystko, warto było tu przyjść. Zrobiliśmy kilka zdjęć.

cafemirocafemiro2cafemiro3

Udało nam się poźniej znaleźć całkiem przyjemną knajpkę, gdzie mogliśmy popróbować hiszpańskich frykasów w postaci tradycyjnej hiszpańskiej tortilli ziemniaczanej i gaspacho, czyli zupy warzywnej podawanej na zimno, tzw. hiszpański chłodnik. Z wyglądu przypomina trochę naszą pomidorówkę. Jest niezwykle smaczna zwłaszcza w upalne dni.  Musicie koniecznie spróbować będąc w Hiszpanii.

gaspachorest

20170818_17123320170818_170622

Nasyciliśmy nasze żołądki ale czekała na nas jeszcze jedna atrakcja. Na koniec udajemy się do muzeum austryjackiego arcyksięcia – Son Marroig, które znajdowało się 4 km przed miasteczkiem. Jak już wcześniej wspominałam muzea nie są moimi ulubionymi miejscami ale to było wyjątkowe ze względu na otaczający go ogród i rotundę wykonaną z białego, włoskiego marmuru. Stąd roztacza się widok na morze i górujące nad nim klify.  Ponadto jest bardzo popularnym miejscem zawierania związków małżeńskich. Za wstęp do muzeum zapłacicie 4 € ale myślę, że warto chociażby dla pięknych krajobrazów. Sami zobaczcie jak jest pięknie.

san marroig lepszysanmarroig5sanmarroig4

sanmarroig7sanmarroig2sanmarroig

sanmarroig6

Słońce powoli zachodziło za horyzont a dzień dobiegał końca ale pełny był niesamowitych wrażeń. Oba miasteczka były niezwykle urokliwe ale to mniej popularna Deia zdecydowanie skradła moje serce. Wybierając się zatem na Majorkę warto dopisać ją do swojej podróżniczej listy.

Przydatne informacje:

Palma de Mallorca – Valldemossa – 32 km

Valldemossa – Deia – 10 km

gaspacho – 6,5 €

hiszpańska tortilla – 8 €

muzeum Son Marroig – 4 €

Majorka – wśród palm, cedrów, oliwek, pomarańczy i dziewiczych plaż

Norweskie lato niestety po raz kolejny zawiodło. Zdecydowanie brakuje mi tutaj słońca i upalnych dni, które rekompensują cudowne krajobrazy,  jednak samymi widokami żyć nie można. Żądna słońca i błękitnej, cieplutkiej wody, która będzie zupełnym przeciwieństwem lodowatych fiordów, pakuję walizki i ruszam na długo wyczekiwane wakacje.

Ponieważ jestem miłośniczką organizowania wyjazdów na własną rękę, rezygnuję z usług biura podróży i tworzę własną wizję idealnych wakacji. Przed wyjazdem buszuje namiętnie po internecie w poszukiwaniu ciekawych miejsc i najpiękniejszych plaż na Majorce. Podobno prawdziwe perełki kryją się tuż za rogiem. Planując wakacje nastawiłam się bardziej na wypoczynek więc będzie więcej plażowania niż zwiedzania.

Jest 23.30…Lądujemy w Palmie…wśród soczyście zielonych palm. Po raz drugi na hiszpańskiej ziemi, jednak tym razem na skąpanej w słońcu Majorce. Perła Balearów, o której Fryderyk Chopin pisał „Niebo jak turkus, morze jak lazur, góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie”. I nie bez powodu, gdyż wyspa oczarowuje wszystkimi darami natury. Błękitne morze spotyka się z majestatycznymi szczytami gór Serra de Tramuntana tworząc idealne warunki do wypoczynku wśród palm, cedrów, oliwek, pomarańczy i dziewiczych plaż.

Po ponad 3 godzinach lotu wysiadam z samolotu i bucha we mnie gorące powietrze. Tego było mi trzeba. Ciężko będzie się przyzwyczaić po długich miesiącach spędzonych w chłodnym, skandynawskim klimacie. Mimo dosyć późnej już pory lotnisko wrze od chmary podróżujących turystów. Palma de Mallorca jest chyba jednym z najbardziej ruchliwych lotnisk w Europie. Udajemy się do stanowiska Alamo – firmy, w której zabukowaliśmy samochód na cały pobyt. Wszystko poszło jak z płatka. W dodatku zostaliśmy mile zaskoczeni, gdyż zaoferowali nam lepszy samochód, niż ten który zarezerwowaliśmy w tej samej cenie. W sumie koszt wynajmu za cały tydzień wyniósł 180 € i wszystko przebiegło bardzo sprawnie. Auto udało się wypożyczyć w dość korzystnej cenie za pośrednictwem strony Norwegian Air Shuttle. Odbieramy szybciutko nasze cudo z parkingu i ruszamy w kierunku dzielnicy El Arenal oddalonej zaledwie 12 km od stolicy, gdzie znajduje się hotel HSM Son Veri, w którym się zatrzymujemy. To tutaj będzie nasza baza wypadowa. Hotel kilka miesięcy wcześniej przeszedł całkowitą renowację. Rezerwacji dokonałam przez stronę booking.com w dość korzystnej cenie 1.000 € za pobyt dla 2 os./7 nocy w pokoju superior z balkonem i widokiem na morze. W cenę pobytu zostały wliczone śniadania i kolacje.

Docieramy na miejsce. Jest już grubo po północy. W recepcji wita nas niezwykle uśmiechnięty latynos. Szybki check-in, dostajemy voucher na tzw. „drink powitalny” do wykorzystania w „Sky barze”, który znajduje się na dachu hotelu  i udajemy się do pokoju, gdzie zmęczeni zapadamy w głęboki sen.

Budzę się rano następnego dnia, muśnięta delikatnie promieniami słońca, które wdarły się do pokoju przez szparę w zasłonach. Zrywam się z łóżka, rozsuwam drzwi balkonowe i wychodzę na zewnątrz. Pogoda jest nieskazitelna, niebo bezchmurne, dość upalnie ale z delikatnym wiaterkiem a widoki z dziewiątego piętra całkiem przyjemne. Dopiero w tym momencie poczułam, że jestem na upragnionych hiszpańskich wakacjach. Rozciągam się chwilę i rozkoszuję widoczkiem. Oby ta chwila trwała wiecznie.

hsmson veri

Ogólnie hotel wywarł na mnie pozytywne wrażenie. Pokoje jasne i  przytulne, codziennie sprzątane przez bardzo sympatyczną Hiszpankę, która każdego ranka witała nas z uśmiechem na twarzy w hotelowym korytarzu, kiedy szliśmy na śniadanie. Cały personel był bardzo przyjazny, uśmiechnięty i pomocny. Śniadania i kolacje dość smaczne, aczkolwiek mało urozmaicone. Uważam, że za tą cenę trafiło nam się jak ślepej kurze ziarnko. W dodatku hotel oferuje swoim gościom dwa baseny, w tym jeden na dachu z którego roztacza się wspaniały widok na morze, góry i całą okolicę. Zresztą sami zobaczcie.

skybarskybar2skybar3

Po śniadaniu biegniemy szybciutko na dach się relaksować. Plan był taki, że w pierwszy dzień po przylocie odpoczywamy i smażymy się na pobliskiej plaży. Uznałam, że muszę nałapać jak najwięcej promieni słonecznych, żeby zgromadzić zapasy na przetrwanie norweskiej zimy bo nie wiadomo, kiedy nadarzy się kolejna okazja, żeby znowu gdzieś pojechać. Tak więc poranek spędzamy w towarzystwie orzeźwiającego kieliszka tradycyjnej, hiszpańskiej Sangrii i świeżo wyciskanego soku z pomarańczy, patrząc na bezkresne morze i mocząc stópki w nagrzanym basenie. Chyba brzmi nieźle a dzień zapowiada się relaksująco.

20170823_101303

dach

20170817_160340

Po tak wspaniałym relaksie nie chciało się wychodzić z basenu ale wiedziałam, że jakieś 10 minut spacerem od hotelu czeka na nas słynna plaża Playa de Palma. Idziemy  zatem przywitać Majorkę i dryfujące po morzu w oddali żaglówki. Po chwili docieramy do promenady, mijając po drodze liczne sklepiki z pamiątkami. W oddali, zza palm powoli wyłania się cudowny błękit morza. Przystajemy na chwilę, żeby zrobić pamiątkowe focie.

palmy

Idziemy dalej, docierając do ciągnącego się kilometrami deptaka, skąd udajemy się prosto na plażę. Jest dość tłoczno co mnie wcale nie dziwi. Środek sezonu, w dodatku sierpień jest najgorętszym miesiącem na Majorce. Ale o to mi chodziło. Żeby poczuć żar na skórze i prawdziwe wakacje. Szczęśliwa z bananem na twarzy pozuję do zdjęcia.

majorka

Ku mojemu zaskoczeniu i wbrew opiniom, które czytałam w internecie przed przyjazdem tutaj plaża jest piękna, piaszczysta a woda w morzu krystalicznie czysta a co najważniejsze cieplutka. Dodam jeszcze, że przedstawicielka biura, w którym wypożyczyliśmy auto już na dzień dobry zniechęciła nas, kiedy dowiedziała się, gdzie się zatrzymujemy, mówiąc, że mieszka w tym rejonie i nie jest to najlepsza miejscówka. Jednak po dotarciu tutaj śmiem twierdzić, że całkowicie się z nią nie zgadzam. Zresztą to miała być tylko nasza baza, z której każdego dnia wyruszymy, żeby odkrywać najpiękniejsze zakątki wyspy. Poza tym byłam tak wniebowzięta, że nie przeszkadzały mi nawet tłumy na plaży. Rozkładamy zatem ręczniki i rozpoczynamy nasz plażing – smażing. Po paru godzinach wylegiwania się w słońcu głodne żołądki zaczęły upominać się o solidny posiłek. Ruszamy zatem wzdłuż promenady w poszukiwaniu restauracji, w której moglibyśmy zjeść tradycyjną hiszpańską Paelle. A tych zdecydowanie tutaj nie brakowało. Wokoło było ich pełno a tłumy ludzi przewijały się w każdej. Z oddali było słychać wszędzie śmiechy, hiszpańską muzykę i dobiegające zewsząd zapachy. Już tutaj dostrzegłam, że całe El Arenal tętni życiem. Turyści spacerują wzdłuż deptaka, jeżdżą na rowerach, jest dość tłoczno ale każdy poddaje się wakacyjnym klimatom. Restauracje i sklepy z pamiątkami otwarte są do późnych godzin nocnych. Docieramy do jednej z nich, gdzie naszą uwagę przykuwa bilbord reklamowy z informacją, że paella w zestawie z kieliszkiem sangrii kosztuje 10.50 €. Siadamy przy stoliku i składamy zamówienie. Dla tych, którzy nie mieli okazji spróbować dodam, że jest to hiszpańska potrawa z ryżem serwowana głównie z owocami morza, mięsem lub warzywami i kawałkiem cytryny, smażonymi na metalowej patelni z dwoma uchwytami. W takiej też postaci wylądowała na naszym stoliku. Niebo w gębie, palce lizać. A  oto i nasz hiszpański przysmak.

20170817_16191320170817_161932

Nacieszyliśmy już podniebienie ale czułam pewien niedosyt w ustach. Deser chodził mi po głowie. Przy deptaku za rogiem znajdujemy kawiarnie z lodami o smakach jakie tylko dusza zapragnie.

lody

Tuż na przeciwko restauracji, zaraz przy deptaku dostrzegam budowlę z piasku, która została usypana najprawdopodobniej przez okolicznych mieszkańców. Podchodzimy bliżej i robimy kilka zdjęć, za które pobierana jest drobna opłata wedle uznania ale nie obowiązkowa. Wrzucasz jeśli masz takie życzenie. Zamek z piasku, którego pilnuje ogromny smok to prawdziwe dzieło sztuki. W nocy budowla jest dodatkowo oświetlona kolorowymi reflektorami lub lampionami, co daje spacerowiczom imponujący efekt.

zamek

zamekzpiasku

Dzień powoli dobiega końca jednak największą niespodziankę na koniec przygotowało nam niebo w postaci najpiękniejszych zachodów słońca, jakie kiedykolwiek było mi dane zobaczyć. Podczas naszego pobytu udało się uchwycić kilka naprawdę ujmujących zarówno na plaży jak i z hotelowego tarasu i balkonu naszego pokoju.

20170819_20541820170818_20161220170818_20193120170818_202640

Cóż mogę powiedzieć. To był bardzo intensywny ale emocjonujący dzień i z niecierpliwością czekam na kolejny. Wspominam go miło przy dźwiękach latynoskiej muzyki. Kocham hiszpańskie klimaty i tą hiszpańską wolność, którą czuje się tutaj od pierwszych chwil, spacerując wąskimi uliczkami Palmy czy poddając się tańcom do białego rana w rytmach hiszpańskiej muzyki. Gitary i śpiewy rozbrzmiewają we wszystkie strony świata, powietrze staje się lżejsze z każdym wdechem a ludzie cieszą się życiem wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, które chwyta za serce każdego człowieka o wrażliwej duszy. Chwilo trwaj wiecznie!

Przydatne informacje:

  • wypożyczenie auta – 180 €/7 dni Norwegian Air Shuttle
  • lot Norwegia – Palma de Mallorca w dwie strony – ok. 1.000 NOK z dodatkowym bagażem www.norwegian.com/pl
  • hotel HSM Son Veri – 1.000 €/7 dni za 2 os.
  • lotnisko Palma de Mallorca – El Arenal – ok. 12 km
  • kieliszek sangrii – ok. 4.5 €
  • Paella – 10-15 € w zależności od rodzaju
  • piwo San Miquel – 2-3.50 € w zależności czy w sklepie czy restauracji
  • butelka wody – 1-2.50 €