Prest – 1478 metrów bliżej nieba

Budzę się rano w środku lipca…za oknem piękny letni dzień w otoczeniu ukochanych gór, które aż proszą się same, by dotknąć ich lekko ośnieżonych szczytów…moja radość porównywalna z uśmiechem dziecka, które po raz pierwszy zjadło tabliczkę czekolady… kolejna ekscytacja, że za parę godzin stanę na szczycie góry „Prest”, a dokładnie 1478 metrów n.p.m., by znowu poczuć się wolnym, dotknąć kawałka nieba i po raz kolejny wyrazić swoją miłość do gór♥. Łyk świeżego powietrza, by przewietrzyć głowę jeszcze nikomu nie zaszkodził 😉

Tak więc z samego rana wskakuję w auto i ruszam w kierunku Aurland. To niewielkie, górskie miasteczko położone zaledwie 7 km od Flåm, nad którym dumnie rozpościera się cel mojej dzisiejszej podróży. Droga, która dzieli oba miejsca jest bardzo popularną w tym rejonie trasą rowerową. Przejazd autem z kolei zajmuje około 10 minut. Docieram zatem do Aurland, gdzie zatrzymuję się na małe zakupy. W plecaku ląduje niezbędna do wspinaczki woda, która w Norwegii jest najlepsza na świecie i dawka witamin w postaci chrupiących marcheweczek.

Ruszam dalej w kierunku „Śnieżnej Drogi” zwanej „Aurlansvegen”, która biegnie stromymi górami, oddzielającymi dwa miasteczka Aurland i Lærdal. Trasa jest dosyć stroma, droga wąska w niektórych momentach a w górę prowadzą liczne serpentyny. Wybierając się tam samochodem trzeba bardzo uważać, zwłaszcza w szczycie sezonu. No ale czego się nie robi dla oszałamiających  widoków.  Czym wyżej jadę, tym coraz piękniejsze krajobrazy mogę podziwiać zza szyby samochodu. Zresztą sami zobaczcie. Wrażenia niezapomniane.

aurlandsvegen

stegastein

Po chwili docieram do małej zatoczki dla samochodów, gdzie zatrzymuje się na dłuższą chwilę, by nasycić się tym nieziemskim widokiem. Siadam na murku, wciągam łyk świeżego powietrza i patrzę na cud matki natury jaki ukazał się moim oczom. Brak mi słów by wyrazić Wam jak się teraz czuję. Zapominam przez chwilę o bożym świecie, wszystkie troski przestają mieć znaczenie, jedną chwilą ładuję akumulatory na kolejny dzień życia. Wszystkie moje zmysły, węchu, wzroku i słuchu skierowane są w jeden punkt. Oddycham pełną piersią, czuję zapach soczystej trawy, patrzę na piękno przyrody, tak naturalnej, dzikiej i nieskazitelnej. W tym miejscu uświadamiam sobie jak niezwykła potrafi być potęga natury.

stega6

stegastein2

stega3

Ruszam dalej by po chwili znaleźć się tuż przy jednym z najpiękniejszych punktów widokowych w tym rejonie zwanym „Stegastein”, gdzie turyści mogą podziwiać panoramę całego Aurlandsfjordu. Jest to drewniana platforma, wybudowana na wysokości ponad 600 metrów, zakończona szklaną barierą, przez którą rozpościera się widok na fiord i całe miasteczko. Z ciekawostek dodam, że została okrzyknięta jedną z najpiękniejszych platform widokowych w Europie. No cóż, dla jednych najpiękniejsza, dla innych najbardziej przerażająca, ze względu na szklaną ścianę.

stegastein 2 (2)

Najlepiej wybrać się tutaj z samego rana, kiedy nie jest jeszcze mocno zatłoczona. Jeżeli nie podróżujecie po Norwegii własnym autem, polecam wykupić wycieczkę busem w biurze informacji turystycznej we Flåm. Kosz takiej atrakcji sięga 300 koron norweskich od osoby. Więcej informacji na ten temat znajdziecie tutaj www.visitflam.com. Dla bardziej wymagających turystów idealnym rozwiązaniem będzie wypożyczenie „Twizy”. To małe, śmieszne, elektryczne, zielone autko, którym bez problemów wciśniecie się w każdą przysłowiową dziurę a przy tym jazda sprawi Wam mega dużo radości. Niestety jest to dużo droższa opcja, gdyż za 2 godziny takiej przyjemności musicie zapłacić 1500 NOK. Ale za to frajda gwarantowana. Odsyłam Was zatem do stronki www.visitflam/emobility.com.

twizzy

Stegastein

Jestem zatem tuż obok Stegastein. Wsiadam ponownie w auto i jadę 1 km dalej na parking, z którego rozpoczyna się szlak na upragniony szczyt. Zatem ruszamy. Trasa jest dość wymagająca, ale wysiłek rekompensują cudowne krajobrazy.

start

prest1

prest5

hfjdhjfhfjdklo

Po niespełna 2 godzinach szczęśliwa i dumna docieram na sam szczyt. Jest trochę wietrznie ale wita mnie cudowny krajobraz. Zmęczona, próbuję złapać oddech, siadam na kocu i wyciągam moje dorodne marchewki. Przyznam, że taka wspinaczka nieźle potrafi wymęczyć a człowiek robi się głodny jak wilk. Zaczynam chrupać i patrzę na fiord. Znowu mi się udało – pomyślałam. Udało mi się dogonić marzenia. Staję na szczycie i rozwijam skrzydła. Zazdroszczę ptakom i bardzo żałuję, że nie jestem tym cudownym stworzeniem, które potrafi latać. Widać nie można mieć wszystkiego. Człowiek ma duszę a ptaki skrzydła.

panorama prest

prest4prest3

jfidifh

Lepszej pogody na górską eskapadę nie mogłam sobie wymarzyć. Jest tu tak pięknie, że nie mogę się napatrzeć. Ośnieżone szczyty idealnie komponują się z błękitem nieba. Nie mam najmniejszej ochoty się stąd ruszać. Kochani życzę Wam, żeby Wasze marzenia sięgały gwiazd. Ja dzisiaj mogłam dotknąć kawałka nieba…

Przydatne informacje

  • Flåm – Aurland 7 km
  • wypożyczenie „Twizy” – ok. 1500 NOK/2 h
  • bus Flåm – Stegastein – ok. 350 NOK

 

 

 

 

 

Valldemossa i Deia – malownicze miasteczka z duszą

U stóp dzikich szczytów gór Serra de Tramuntany, wśród drzewek oliwnych na wzgórzach, leżą małe, kamienne miasteczka, w których czas się zatrzymał w miejscu a życie mieszkańców płynie powoli. Każda uliczka, każdy zakątek i zaułek kryje w sobie duszę i czaruje niezwykłą atmosferą, której nie oparli się nawet najwięksi artyści tego świata. To tutaj, wśród palm, gór i bujnych ogrodów swoje dzieła tworzył Fryderyk Chopin. Wraz ze swoją kochanką, francuską pisarką George Sand przybył do Valldemossy, by cieszyć się romantycznymi chwilami w towarzystwie ukochanej.

deia

VALLDEMOSSA

Po dość intensywnym plażowaniu pierwszego dnia naszego pobytu na słonecznej Majorce, następnego dnia, wczesnym rankiem ruszamy w góry, by poczuć magię ukrytą w wąskich uliczkach, malowniczo położonego miasteczka Valldemossa. To tutaj docieramy najpierw po niespełna 32 przejechanych kilometrach. Tyle zaledwie dzieli miasto od stolicy, zatem nie jest daleko a podróż samochodem przy dobrych wiatrach zajmuje około 35 minut. W górę miasteczka prowadzi dość kręta droga ale widoki na trasie są spektakularne, więc myślę że warto poświęcić jeden dzień i zrezygnować z plażowania by udać się w to niezwykle urokliwe miejsce. Docieramy na parking, który niestety jest płatny jak większość turystycznych miejsc Majorki. Już przy samym wejściu do miasteczka, gdzie rozpoczynamy nasz spacer wita nas przykuwający uwagę napis „Valldemossa” widniejący na kamiennym murku.

DSC_0718

Miasteczko już od samego początku mnie oczarowało i zajęło w moim sercu specjalne miejsce. Stare miasta mają duszę i hipnotyzują ukrytą w swoich murach magią, która czaruje człowieka niczym magik za pomocą czarodziejskiej różdżki. A potem to już tylko miłość od pierwszego wejrzenia. Tak też i było w przypadku Valldemossy.

miasteczko

spacer

Jak mogę najprościej opisać Wam to niezwykłe miejsce? Otóż wyobraźcie sobie romantyczny spacer z ukochanym lub ukochaną, w towarzystwie pięknych gór. Idziecie razem, trzymając się za ręce pośród wąskich, kamiennych uliczek wypełnionych po brzegi galeriami, restauracjami i sklepikami z pamiątkami, gdzie znaleźć można unikatowe pamiątki i prawdziwe arcydzieła.  Wokół czas płynie wolno. Każdy zabytek kryje w sobie nieodgadnioną historię sprzed wiek wieków. Siadacie na ławce pod dębem by złapać chwilę cienia dla ochłody. Spoglądacie na przeurocze, kamienne domy mieszkańców i okiennice, przyozdobione bujną roślinnością, kolorowymi kwiatami w donicach, kaktusami, aniołami i malowidłami.

valde10DSC_0707DSC_0683DSC_0690DSC_0711DSC_0681DSC_0700

My mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy akurat na organizowany co rocznie w sierpniu Festiwal Chopina. W związku z tym spotkaliśmy mnóstwo turystów, zwłaszcza z Polski a centrum miasteczka przyozdobione było niebiesko – białymi wstęgami, które powiewały nad naszymi głowami, splatając się z błękitem nieba co dawało niezwykle imponujący efekt a cała Valldemossa wyglądała jeszcze piękniej .

festiwalchopin

wstegi

W samym centrum Valldemossy znajduje się zresztą słynne muzeum Chopina i George Sand, które sobie zwyczajnie darowaliśmy, jako, że nie jestem miłośniczką zwiedzania muzeów zwłaszcza będąc na wakacjach. Znajdziecie tutaj również słynny klasztor, który również sobie odpuściliśmy. Wizyty w zabytkach oczywiście były płatne. W zamian za to na deser zostawiliśmy sobie spacer wśród niewielkich ale pięknych ogrodów Jardins Rei Joan Carles.

valldemossa2

jardinsogrody

Na koniec, jako, że jestem kolekcjonerką różnego rodzaju pamiątek z podróży, nie wyobrażam sobie wyjechać stąd z pustymi rękami. Wchodzę do galerii, która już z zewnątrz przykuła moją uwagę i znajduję ślicznego aniołka, który trzyma w ręce uplecione z róż serce. Był tak słodki, że musiał trafić w moje ręce i do mojej kolekcji aniołów ze wszystkich zakątków świata. No cóż każdy ma jakiegoś bzika.

galeria

DEIA

Zaledwie 10 kilometrów od Valldemossy kryje się drugie przeurocze miasteczko Deia, które bardzo przypomina Valldemossę, jednak czytając opinie w internecie przed wyjazdem, większość twierdziła, że Deia jest o wiele ładniejsza. Chciałam zatem się przekonać na własne oczy jaka jest prawda. Ruszamy więc w kierunku Deii. Już przed samym wjazdem tutaj brakło mi słów. Szybko znajdujemy miejsce do parkowania i wyskakujemy z auta z prędkością światła, żeby nacieszyć oczy cudnym widokiem miasteczka, nad którym dumnie rozpościerały się szczyty gór. Co od razu rzuciło mi się w oczy to zdecydowanie mniej turystów niż u jej poprzedniczki. Widocznie miejsce było mniej popularne turystycznie co absolutnie nam nie przeszkadzało. Wchodzimy na mostek położony tuż przed samym miasteczkiem, skąd po lewej stronie  dostrzegamy cudną panoramę na całą okolicę. Wykorzystując fakt, że wokoło jest zupełnie pusto zabieramy się za robienie zdjęć. Moja fascynacja miejscem i otaczającą go przyrodą była tak wielka, że nie chciałam się stąd już nigdzie ruszać.

 

valde

deia2deia3deia5deja4

Po dość intensywnej sesji zdjęciowej udajemy się w głąb miasteczka. Grzało niesamowicie, więc postanowiliśmy poszukać miejsca do ochłody. Tak się składa, że Deia w przeciwieństwie do Valldemossy posiada dostęp do morza. Całe wybrzeże Majorki otoczone jest małymi zatoczkami tzw. „calas”, gdzie błękitne wody Morza Śródziemnego wdzierają się w głąb lądu. Jedną z nich „Cala Deia” znajdziecie właśnie tutaj. Najlepiej wybrać się tam autem, gdyż plaża jest oddalona od miasteczka jakieś 3 km. W dodatku trasa prowadzi stromo w dół, wąskimi serpentynami. Samochód parkujemy na pierwszym lepszym miejscu, które znaleźliśmy gdzieś na uboczu drogi. Trzeba jednak uważać, żeby droga była przejezdna dla innych bo jak się przekonaliśmy wracając z plaży posypało się wiele mandatów. Dalej idziemy pieszo docierając do niezwykle małej zatoczki. Plaża była niestety kamienista ale woda tak krystalicznie czysta, że widać było dno i leżące w głębi kamienie. Na miejscu możecie znaleźć dwie restauracje, z których z obu stron roztacza się widok na zatokę i można zjeść pyszne ryby i owoce morza. My zrezygnowaliśmy jednak z posiłku w tym miejscu, ponieważ mieliśmy zaplanowany obiad w innej restauracji, o której opowiem za chwilę.

20170818_141846

restauracjadeiaflamingdeia restaurant2

Wracając z plaży polecam zboczyć z trasy i skręcić w lewo w małą ścieżkę, którą dojdziecie na samą górę a tam już czekają na Was boskie widoczki na całą zatoczkę.

caladeia

cala deia

caladeia5

W tak pięknych miejscach można by siedzieć bez końca, patrzeć nieustannie w błękitne niebo i turkusową otchłań morza ale niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Ale to jeszcze nie koniec wrażeń bo mam w zanadrzu zaplanowane jeszcze dwa miejsca, z którymi chciałabym się z Wami podzielić.

Wracamy do miasteczka i udajemy się do przepięknej posiadłości Belmond La Residencia, na którą natrafiłam buszując po internecie. Od razu gdy zobaczyłam zdjęcia retauracji El Olivo, położonej wśród niezwykle zielonych ogrodów hotelu i widokiem na góry, wiedziałam, że musimy tam zjeść. Ogólnie cała okolica jest pełna luksusowych hoteli z basenami i apartamentów, gdzie można się zatrzymać i zrelaksować, w otoczeniu gór, palm i bujnej roślinności. Przyroda na Majorce potrafi zachwycić, szczególnie w Deii. Niestety za luksus tutaj trzeba słono zapłacić gdyż hotele należą do jednych z najdroższych na całej wyspie. Kiedy sprawdziłam cenę, jaką trzeba zapłacić za jedną noc przyjemności tutaj oczy prawie wyszły mi na wierzch. Przy rezerwacji za pośrednictwem strony booking.com koszt za dobę w standardowym pokoju to średnio ponad 700 €, czyli jakieś 3,000 naszych polskich złotych. No cóż pozostało nam tylko zjeść obiad i nacieszyć oczy. Ceny w restauracji również nie należały do najtańszych ale przecież jesteśmy na wakacjach i możemy pozwolić sobie na chwilę przyjemności.

Sama rezydencja już przed wejściem robi piorunujące wrażenie a ogrody wokoło należały do najpiękniejszych jakie widziałam w swoim życiu. Widać, że ktoś włożył w ich pielęgnację całe swoje serce.

la belmondlabelmond2

Ale prawdziwa bajka rozpoczyna się z chwilą, kiedy wchodzimy do środka. Idziemy alejką pełną pachnących róż i starych drzew, na których widnieją drewniane tabliczki. Po chwili dostrzegam huśtawkę przywiązaną do jednego z nich i rzucam się na nią jak mała dziewczynka. Podobno w każdym dorosłym tkwi odrobina dziecka a rzeczy, które kojarzą nam się z dzieciństwem sprawiają tyle radości. W takich momentach należy cieszyć się podarowaną nam chwilą.

residenciabelmond

belmonlalabelmond5

hustawka

Dochodzimy do restauracji i cały czar pryska w ciągu jednej chwili. Okazało się, że restauracja jest już zamknięta a my pochłonięci plażowaniem na śmierć zapomnieliśmy o trwającej w godzinach popołudniowych sjeście. Straszne z nas gapy. Pozostało nam zatem tylko usiąść na świeżym powietrzu w barze Cafe Miro, który również należał do rezydencji  i napić się drinka. Menu, które dostaliśmy było chyba najpiękniejszym jakie trzymałam kiedykolwiek w swoich rękach. Jakiś artysta musiał się nieźle napracować.

20170818_163854

Mimo, że nam się nie udało tutaj zjeść, szczerze polecam to miejsce, zwłaszcza parom, które chcą nacieszyć się sobą i zjeść romantyczną kolację w pięknym otoczeniu. Mimo wszystko, warto było tu przyjść. Zrobiliśmy kilka zdjęć.

cafemirocafemiro2cafemiro3

Udało nam się poźniej znaleźć całkiem przyjemną knajpkę, gdzie mogliśmy popróbować hiszpańskich frykasów w postaci tradycyjnej hiszpańskiej tortilli ziemniaczanej i gaspacho, czyli zupy warzywnej podawanej na zimno, tzw. hiszpański chłodnik. Z wyglądu przypomina trochę naszą pomidorówkę. Jest niezwykle smaczna zwłaszcza w upalne dni.  Musicie koniecznie spróbować będąc w Hiszpanii.

gaspachorest

20170818_17123320170818_170622

Nasyciliśmy nasze żołądki ale czekała na nas jeszcze jedna atrakcja. Na koniec udajemy się do muzeum austryjackiego arcyksięcia – Son Marroig, które znajdowało się 4 km przed miasteczkiem. Jak już wcześniej wspominałam muzea nie są moimi ulubionymi miejscami ale to było wyjątkowe ze względu na otaczający go ogród i rotundę wykonaną z białego, włoskiego marmuru. Stąd roztacza się widok na morze i górujące nad nim klify.  Ponadto jest bardzo popularnym miejscem zawierania związków małżeńskich. Za wstęp do muzeum zapłacicie 4 € ale myślę, że warto chociażby dla pięknych krajobrazów. Sami zobaczcie jak jest pięknie.

san marroig lepszysanmarroig5sanmarroig4

sanmarroig7sanmarroig2sanmarroig

sanmarroig6

Słońce powoli zachodziło za horyzont a dzień dobiegał końca ale pełny był niesamowitych wrażeń. Oba miasteczka były niezwykle urokliwe ale to mniej popularna Deia zdecydowanie skradła moje serce. Wybierając się zatem na Majorkę warto dopisać ją do swojej podróżniczej listy.

Przydatne informacje:

Palma de Mallorca – Valldemossa – 32 km

Valldemossa – Deia – 10 km

gaspacho – 6,5 €

hiszpańska tortilla – 8 €

muzeum Son Marroig – 4 €

Majorka – wśród palm, cedrów, oliwek, pomarańczy i dziewiczych plaż

Norweskie lato niestety po raz kolejny zawiodło. Zdecydowanie brakuje mi tutaj słońca i upalnych dni, które rekompensują cudowne krajobrazy,  jednak samymi widokami żyć nie można. Żądna słońca i błękitnej, cieplutkiej wody, która będzie zupełnym przeciwieństwem lodowatych fiordów, pakuję walizki i ruszam na długo wyczekiwane wakacje.

Ponieważ jestem miłośniczką organizowania wyjazdów na własną rękę, rezygnuję z usług biura podróży i tworzę własną wizję idealnych wakacji. Przed wyjazdem buszuje namiętnie po internecie w poszukiwaniu ciekawych miejsc i najpiękniejszych plaż na Majorce. Podobno prawdziwe perełki kryją się tuż za rogiem. Planując wakacje nastawiłam się bardziej na wypoczynek więc będzie więcej plażowania niż zwiedzania.

Jest 23.30…Lądujemy w Palmie…wśród soczyście zielonych palm. Po raz drugi na hiszpańskiej ziemi, jednak tym razem na skąpanej w słońcu Majorce. Perła Balearów, o której Fryderyk Chopin pisał „Niebo jak turkus, morze jak lazur, góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie”. I nie bez powodu, gdyż wyspa oczarowuje wszystkimi darami natury. Błękitne morze spotyka się z majestatycznymi szczytami gór Serra de Tramuntana tworząc idealne warunki do wypoczynku wśród palm, cedrów, oliwek, pomarańczy i dziewiczych plaż.

Po ponad 3 godzinach lotu wysiadam z samolotu i bucha we mnie gorące powietrze. Tego było mi trzeba. Ciężko będzie się przyzwyczaić po długich miesiącach spędzonych w chłodnym, skandynawskim klimacie. Mimo dosyć późnej już pory lotnisko wrze od chmary podróżujących turystów. Palma de Mallorca jest chyba jednym z najbardziej ruchliwych lotnisk w Europie. Udajemy się do stanowiska Alamo – firmy, w której zabukowaliśmy samochód na cały pobyt. Wszystko poszło jak z płatka. W dodatku zostaliśmy mile zaskoczeni, gdyż zaoferowali nam lepszy samochód, niż ten który zarezerwowaliśmy w tej samej cenie. W sumie koszt wynajmu za cały tydzień wyniósł 180 € i wszystko przebiegło bardzo sprawnie. Auto udało się wypożyczyć w dość korzystnej cenie za pośrednictwem strony Norwegian Air Shuttle. Odbieramy szybciutko nasze cudo z parkingu i ruszamy w kierunku dzielnicy El Arenal oddalonej zaledwie 12 km od stolicy, gdzie znajduje się hotel HSM Son Veri, w którym się zatrzymujemy. To tutaj będzie nasza baza wypadowa. Hotel kilka miesięcy wcześniej przeszedł całkowitą renowację. Rezerwacji dokonałam przez stronę booking.com w dość korzystnej cenie 1.000 € za pobyt dla 2 os./7 nocy w pokoju superior z balkonem i widokiem na morze. W cenę pobytu zostały wliczone śniadania i kolacje.

Docieramy na miejsce. Jest już grubo po północy. W recepcji wita nas niezwykle uśmiechnięty latynos. Szybki check-in, dostajemy voucher na tzw. „drink powitalny” do wykorzystania w „Sky barze”, który znajduje się na dachu hotelu  i udajemy się do pokoju, gdzie zmęczeni zapadamy w głęboki sen.

Budzę się rano następnego dnia, muśnięta delikatnie promieniami słońca, które wdarły się do pokoju przez szparę w zasłonach. Zrywam się z łóżka, rozsuwam drzwi balkonowe i wychodzę na zewnątrz. Pogoda jest nieskazitelna, niebo bezchmurne, dość upalnie ale z delikatnym wiaterkiem a widoki z dziewiątego piętra całkiem przyjemne. Dopiero w tym momencie poczułam, że jestem na upragnionych hiszpańskich wakacjach. Rozciągam się chwilę i rozkoszuję widoczkiem. Oby ta chwila trwała wiecznie.

hsmson veri

Ogólnie hotel wywarł na mnie pozytywne wrażenie. Pokoje jasne i  przytulne, codziennie sprzątane przez bardzo sympatyczną Hiszpankę, która każdego ranka witała nas z uśmiechem na twarzy w hotelowym korytarzu, kiedy szliśmy na śniadanie. Cały personel był bardzo przyjazny, uśmiechnięty i pomocny. Śniadania i kolacje dość smaczne, aczkolwiek mało urozmaicone. Uważam, że za tą cenę trafiło nam się jak ślepej kurze ziarnko. W dodatku hotel oferuje swoim gościom dwa baseny, w tym jeden na dachu z którego roztacza się wspaniały widok na morze, góry i całą okolicę. Zresztą sami zobaczcie.

skybarskybar2skybar3

Po śniadaniu biegniemy szybciutko na dach się relaksować. Plan był taki, że w pierwszy dzień po przylocie odpoczywamy i smażymy się na pobliskiej plaży. Uznałam, że muszę nałapać jak najwięcej promieni słonecznych, żeby zgromadzić zapasy na przetrwanie norweskiej zimy bo nie wiadomo, kiedy nadarzy się kolejna okazja, żeby znowu gdzieś pojechać. Tak więc poranek spędzamy w towarzystwie orzeźwiającego kieliszka tradycyjnej, hiszpańskiej Sangrii i świeżo wyciskanego soku z pomarańczy, patrząc na bezkresne morze i mocząc stópki w nagrzanym basenie. Chyba brzmi nieźle a dzień zapowiada się relaksująco.

20170823_101303

dach

20170817_160340

Po tak wspaniałym relaksie nie chciało się wychodzić z basenu ale wiedziałam, że jakieś 10 minut spacerem od hotelu czeka na nas słynna plaża Playa de Palma. Idziemy  zatem przywitać Majorkę i dryfujące po morzu w oddali żaglówki. Po chwili docieramy do promenady, mijając po drodze liczne sklepiki z pamiątkami. W oddali, zza palm powoli wyłania się cudowny błękit morza. Przystajemy na chwilę, żeby zrobić pamiątkowe focie.

palmy

Idziemy dalej, docierając do ciągnącego się kilometrami deptaka, skąd udajemy się prosto na plażę. Jest dość tłoczno co mnie wcale nie dziwi. Środek sezonu, w dodatku sierpień jest najgorętszym miesiącem na Majorce. Ale o to mi chodziło. Żeby poczuć żar na skórze i prawdziwe wakacje. Szczęśliwa z bananem na twarzy pozuję do zdjęcia.

majorka

Ku mojemu zaskoczeniu i wbrew opiniom, które czytałam w internecie przed przyjazdem tutaj plaża jest piękna, piaszczysta a woda w morzu krystalicznie czysta a co najważniejsze cieplutka. Dodam jeszcze, że przedstawicielka biura, w którym wypożyczyliśmy auto już na dzień dobry zniechęciła nas, kiedy dowiedziała się, gdzie się zatrzymujemy, mówiąc, że mieszka w tym rejonie i nie jest to najlepsza miejscówka. Jednak po dotarciu tutaj śmiem twierdzić, że całkowicie się z nią nie zgadzam. Zresztą to miała być tylko nasza baza, z której każdego dnia wyruszymy, żeby odkrywać najpiękniejsze zakątki wyspy. Poza tym byłam tak wniebowzięta, że nie przeszkadzały mi nawet tłumy na plaży. Rozkładamy zatem ręczniki i rozpoczynamy nasz plażing – smażing. Po paru godzinach wylegiwania się w słońcu głodne żołądki zaczęły upominać się o solidny posiłek. Ruszamy zatem wzdłuż promenady w poszukiwaniu restauracji, w której moglibyśmy zjeść tradycyjną hiszpańską Paelle. A tych zdecydowanie tutaj nie brakowało. Wokoło było ich pełno a tłumy ludzi przewijały się w każdej. Z oddali było słychać wszędzie śmiechy, hiszpańską muzykę i dobiegające zewsząd zapachy. Już tutaj dostrzegłam, że całe El Arenal tętni życiem. Turyści spacerują wzdłuż deptaka, jeżdżą na rowerach, jest dość tłoczno ale każdy poddaje się wakacyjnym klimatom. Restauracje i sklepy z pamiątkami otwarte są do późnych godzin nocnych. Docieramy do jednej z nich, gdzie naszą uwagę przykuwa bilbord reklamowy z informacją, że paella w zestawie z kieliszkiem sangrii kosztuje 10.50 €. Siadamy przy stoliku i składamy zamówienie. Dla tych, którzy nie mieli okazji spróbować dodam, że jest to hiszpańska potrawa z ryżem serwowana głównie z owocami morza, mięsem lub warzywami i kawałkiem cytryny, smażonymi na metalowej patelni z dwoma uchwytami. W takiej też postaci wylądowała na naszym stoliku. Niebo w gębie, palce lizać. A  oto i nasz hiszpański przysmak.

20170817_16191320170817_161932

Nacieszyliśmy już podniebienie ale czułam pewien niedosyt w ustach. Deser chodził mi po głowie. Przy deptaku za rogiem znajdujemy kawiarnie z lodami o smakach jakie tylko dusza zapragnie.

lody

Tuż na przeciwko restauracji, zaraz przy deptaku dostrzegam budowlę z piasku, która została usypana najprawdopodobniej przez okolicznych mieszkańców. Podchodzimy bliżej i robimy kilka zdjęć, za które pobierana jest drobna opłata wedle uznania ale nie obowiązkowa. Wrzucasz jeśli masz takie życzenie. Zamek z piasku, którego pilnuje ogromny smok to prawdziwe dzieło sztuki. W nocy budowla jest dodatkowo oświetlona kolorowymi reflektorami lub lampionami, co daje spacerowiczom imponujący efekt.

zamek

zamekzpiasku

Dzień powoli dobiega końca jednak największą niespodziankę na koniec przygotowało nam niebo w postaci najpiękniejszych zachodów słońca, jakie kiedykolwiek było mi dane zobaczyć. Podczas naszego pobytu udało się uchwycić kilka naprawdę ujmujących zarówno na plaży jak i z hotelowego tarasu i balkonu naszego pokoju.

20170819_20541820170818_20161220170818_20193120170818_202640

Cóż mogę powiedzieć. To był bardzo intensywny ale emocjonujący dzień i z niecierpliwością czekam na kolejny. Wspominam go miło przy dźwiękach latynoskiej muzyki. Kocham hiszpańskie klimaty i tą hiszpańską wolność, którą czuje się tutaj od pierwszych chwil, spacerując wąskimi uliczkami Palmy czy poddając się tańcom do białego rana w rytmach hiszpańskiej muzyki. Gitary i śpiewy rozbrzmiewają we wszystkie strony świata, powietrze staje się lżejsze z każdym wdechem a ludzie cieszą się życiem wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, które chwyta za serce każdego człowieka o wrażliwej duszy. Chwilo trwaj wiecznie!

Przydatne informacje:

  • wypożyczenie auta – 180 €/7 dni Norwegian Air Shuttle
  • lot Norwegia – Palma de Mallorca w dwie strony – ok. 1.000 NOK z dodatkowym bagażem www.norwegian.com/pl
  • hotel HSM Son Veri – 1.000 €/7 dni za 2 os.
  • lotnisko Palma de Mallorca – El Arenal – ok. 12 km
  • kieliszek sangrii – ok. 4.5 €
  • Paella – 10-15 € w zależności od rodzaju
  • piwo San Miquel – 2-3.50 € w zależności czy w sklepie czy restauracji
  • butelka wody – 1-2.50 €

Dolina Oldedalen – seledynowa uczta dla oczu

Są takie miejsca na ziemi, które powodują szybsze bicie serca. Ja odnalazłam takie miejsce pośród setek norweskich fiordów w magicznej Dolinie Oldedalen, położonej zaledwie 24 km od Loen, małego miasteczka, które mieści się na skraju Nordfjordu. To tutaj przekonałam się po raz pierwszy, że nie tylko szczyty gór potrafią wprawić człowieka w zachwyt ale również doliny są piękne. Moje serce zabiło mocniej na widok niezwykłego jeziora Oldevatnet, położonego w Dolinie Oldedalen. Cała Dolina otoczona jest Parkiem Narodowym Jostedalsbreen, na terenie którego znajduję się największy lodowiec kontynentalnej Europy o tej samej nazwie. Jezioro jest tak magnetyzujące, że nie mogłam oderwać wzroku. Magia tego miejsca tkwi w seledynowym kolorze wody, co w połączeniu z górami, które odbijają się w tafli jeziora daje bajeczny efekt. A mówi się, że takie miejsca istnieją tylko w bajkach. Otóż nie.

Yri Neset2

Odkryłam je zupełnym przypadkiem, zeszłego lata w drodze na lodowiec Briksdalsbreen i odkąd pierwszy raz je zobaczyłam, wiedziałam, że muszę tu wrócić. Żadne inne miejsce, za wyjątkiem norweskich Lofotów, nigdy wcześniej mnie tak nie oczarowało.

YriNeset5

Jeżeli pragniesz uciec z dala od wielkomiejskiego tłumu, znaleźć idealną miejscówkę na piknik, ognisko z przyjaciółmi czy też świętować  swoje urodziny gapiąc się w seledynową otchłań jeziora, zbieraj plecak, pakuj się i przyjeżdżaj szybciutko. Gwarantuję Ci, że nie pożałujesz a miejsce oczaruje Cię równie mocno jak mnie a może nawet i bardziej.

Yri Neset 2

W pobliżu znajduje się mnóstwo kempingów w dość nie wygórowanych cenach jak na Norwegię, gdzie można się zatrzymać. Z pozycji namiotu, czy też małej drewnianej chatki będziesz mieć na wyciągnięcie ręki bajeczne widoki w otoczeniu norweskiej przyrody, ciszę i spokój, której nie znajdziesz w żadnym mieście.

Yr iNeset4

Yri Neset

YriNeset3

YriNeset7

Całym sercem mogę polecić malowniczo położony tuż nad jeziorem „Gryta Camping”, gdzie po przebudzeniu będziecie mogli doświadczyć bezcennych krajobrazów. Ceny za noc wahają się w granicach 140 – 160 NOK, w zależności czy chcielibyście zatrzymać się na polu namiotowym oraz 550 – 700 NOK w przypadku wynajęcia domku. Jeżeli zdecydujecie się na „Grytę” w pobliżu czeka Was atrakcja w postaci zdjęcia z niezwykle przemiłą parą gospodarzy, którzy z uśmiechem witają strudzonych turystów 🙂

parka

Tuż za kempingiem po lewej stronie znajdziecie niewielką zatoczkę z tabliczką „Yri Neset”, wbitą w olbrzymią donicę wypełnioną kolorowymi kwiatami, gdzie możecie się zatrzymać, by odetchnąć świeżym powietrzem, zrobić pamiątkowe zdjęcie, na widok, którego znajomi wykrzykną wielkie „WOW” i podziwiać malownicze krajobrazy. Kochani, gwarantuję Wam, że jeszcze tutaj wrócicie.

yrinest10

Ale to nie koniec niespodzianek. Dla tych co nie lubią leniuchować i leżeć do góry nogami w okolicy czekają liczne atrakcje, o których opowiem Wam wkrótce. W zależności co lubicie robić i co chcielibyście zobaczyć w pobliżu możecie zobaczyć lodowiec Briksdalsbreen, popływać kajakiem po jeziorze Lovatnet, położonym w równie malowniczej dolinie Lodalen a dla turystów o mocnych nerwach przejazd jedną z najbardziej stromych kolejek górskich „Skylift”. Nie sposób jest zobaczyć wszystkich tych miejsc w jednym czasie. Warto zostawić sobie coś na deser, by wrócić tutaj i jeszcze raz poczuć magię jednej z najpiękniejszych dolin górskich Europy. Ale ostrzegam Was kochani. Pobyt w tym miejscu uzależnia do tego stopnia, że nie będziecie chcieli już stąd wracać. Cóż mogę Wam powiedzieć. Świat jest zbyt piękny, by tracić czas na siedzenie w domu, zatem zbieram się a Wy również ruszajcie. Do zobaczenia na kolejnym szlaku mojej podróży 😉

Przydatne informacje:

  • Flåm – Oldedalen 212 km
  • kemping „Gryta” 140 NOK – 700 NOK/noc

 

Fiordy – mój drugi dom

Jeszcze kilka lat temu nawet przez myśl mi nie przeszło, że wyjadę z rodzinnego miasta i zamieszkam w Norwegii. Wprawdzie Skandynawia była moim marzeniem od zawsze, ale na tamtą chwilę jakby zupełnie odległym. Teraz czuję się jakby ktoś użył czarodziejskiej różdżki, a ja w jednej chwili znalazłam się w zupełnie innym świecie. Każdego ranka budzę się rano, słyszę szum wodospadów, popijam herbatę z widokiem na fiordy, patrząc na kudłate, drewniane domki porośnięte trawą i góry często spowite we mgle i rozkoszuję się błogą ciszą dookoła, od czasu do czasu zastanawiając się czy to sen czy jawa. Aż trudno uwierzyć, że z typowego mieszczucha stałam się małą dzikuską, hasającą po górach, które tak bardzo są mi bliskie. Tutaj chce się oddychać, czuć zapach trawy i chłonąć każdą chwilę, w towarzystwie matki natury tak dzikiej i nieskazitelnej wobec której czuję się jak mały elf, który trafił do zupełnie innej bajki.

11874998_1034011473298057_388527199641489792_o

Chodzę po górach odkąd pamiętam. Od młodzieńczych lat nie potrafiłam usiedzieć w miejscu. Zawsze głodna nowych wrażeń, gdy tylko nadarzyła się odpowiednia okazja, pakowałam się i uciekałam w góry. To te miejsca, które w przyrodzie kocham najbardziej. O dziwo nigdy nie ciągnęło mnie nad polskie morze, zawsze w góry. Zjeździłam Bieszczady, Tatry, Pieniny, Karkonosze i Beskidy. Zdobywałam szczyty, gdzieś tam hen wysoko, pozostawiając cząstkę siebie. Bo w górach jest jakaś magia, taki rodzaj przyciągania, że jak wejdziesz raz to chcesz jeszcze. A teraz? Aż trudno uwierzyć. Prawie nic się nie zmieniło od tamtego czasu. Wciąż chodzę po górach, mieszkam w górach i nigdy z tego nie zrezygnuję. Zmieniłam tylko góry i klimat na bardziej skandynawski. A Norwegia stała się moim drugim domem.

i283163839555592391._szw1280h1280_

Pewnie zastanawiacie się jak mnie tu przywiało. Otóż pomysł o wyjeździe do Norwegii zrodził się bardzo szybko i spontanicznie. Ledwie wróciłam z urlopu z Polski do UK i zaczęłam przeglądać ogłoszenia o pracę. Moją uwagę przykuło jedno i postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym. Pomyślałam, że fajnie byłoby zrobić sobie małą przerwę od brytyjskiej monotonii. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Wysłałam swoje CV, dostałam odpowiedź w ciągu zaledwie dwóch dni, w ciągu kolejnych dwóch miesięcy byłam już w Norwegii. Nie zastanawiałam się zbyt długo nad przyjęciem propozycji pracy, zwłaszcza że podróż do Skandynawii była moim marzeniem od dłuższego już czasu. I nie żałuję swojej decyzji, mimo że znajomi i rodzina odradzali. Nadaremnie. Zawsze uparta jak osioł chodzę własnymi drogami i choćby nie wiem co potrafię postawić na swoim. Nawet legendy o Wikingach i Trollach nie były mi straszne. Tak też i było tym razem. Takim oto sposobem trafiłam do Geiranger – jednego z najpiękniejszych miejsc jakie było mi dane zobaczyć. Niesamowite widoki, zapierające dech w piersi krajobrazy, błoga cisza i spokój, które towarzyszyły mi przez kolejne trzy miesiące mojej wielkiej norweskiej przygody i towarzyszą do dzisiaj. Szczegółowo o tym pięknym kraju i wyprawach do najcudowniejszych zakątków Geiranger opowiem w osobnym poście. Jedno jest pewne, Norwegia i fiordy skradły moje serce. Życzę Wam, abyście podróżując napotykali na swojej drodze jak najwięcej takich bajek 🙂

undredal6